- Bezprawnik -
- Energetyka -
- Prąd na giełdzie najdroższy od trzech lat. W 2027 roku Polaków mogą czekać wyższe rachunki
Prąd na giełdzie najdroższy od trzech lat. W 2027 roku Polaków mogą czekać wyższe rachunki
Energia elektryczna na polskim rynku hurtowym jest najdroższa od blisko trzech lat. W ostatnich dniach osiągnęła 538 zł za MWh, co jest bardzo niepokojącym sygnałem przed ustalaniem taryf na 2027 rok. Wprawdzie w 2026 roku cena samej energii dla gospodarstw domowych spadła, ale wyższe opłaty dystrybucyjne zniwelowały część tej korzyści. W efekcie dla przeciętnego gospodarstwa domowego oznaczało to przede wszystkim stabilizację rachunków, a nie wyraźny spadek ich wysokości. Teraz sytuacja może się zmienić. Jeżeli wysokie ceny hurtowe utrzymają się, presja na wzrost taryf w 2027 roku będzie rosła.
Hurtowa cena energii ma znaczenie
Nie można oczywiście powiedzieć, że skoro prąd na giełdzie jest droższy, to rachunki gospodarstw domowych automatycznie wzrosną o taką samą wartość. Mechanizm ustalania taryf jest bardziej skomplikowany, a zatwierdzane przez regulatora taryfy energii elektrycznej zależą od wielu czynników. Jednak sama prezes URE w swoich wypowiedziach wskazywała, że najważniejszym czynnikiem kształtującym taryfy detaliczne jest hurtowa cena energii.
Kontrakty na 2027 rok zawierane są już teraz
Co więcej, sprzedawcy energii znaczną część zapotrzebowania na kolejny rok kontraktują w trzecim i czwartym kwartale roku poprzedzającego dostawy. Oznacza to, że sytuacja na rynku hurtowym właśnie teraz może mieć znaczenie dla kosztów energii, które przedsiębiorstwa będą ponosiły w 2027 roku. Dlatego też obecnego wzrostu cen nie można po prostu zignorować. I może to być powód do niepokoju dla wszystkich Polaków obawiających się kolejnego wzrostu kosztów życia.
Jeżeli firmy energetyczne będą kupowały energię na przyszły rok drożej, będą miały podstawy do przedstawienia URE wyższych kosztów w postępowaniach taryfowych. Ostateczna decyzja należy oczywiście do regulatora, który bada zasadność przedstawionych kalkulacji.
URE między rynkiem a polityką
W tym miejscu od razu nasuwa się elementarne pytanie, którego nie sposób uniknąć: co zrobi URE w 2027 roku? Formalnie odpowiedź powinna być prosta. Prezes URE jest organem administracji państwowej i powinien podejmować decyzje na podstawie przepisów oraz uzasadnionych kosztów przedsiębiorstw, a nie bieżącego interesu politycznego. Jednocześnie jest to stanowisko obsadzane decyzją Prezesa Rady Ministrów.
Nie oznacza to, że regulator może dowolnie ustalać ceny energii zgodnie z oczekiwaniami rządu. Procedura taryfowa ma określone zasady, a przedsiębiorstwa muszą przedstawić uzasadnienie swoich kosztów. Trudno jednak w tym miejscu całkowicie abstrahować od politycznego kontekstu.
Rok wyborczy a wysokość rachunków za prąd
2027 rok będzie w Polsce rokiem wyborów parlamentarnych. Dla milionów gospodarstw domowych wysokość rachunku za prąd będzie miała bezpośrednie znaczenie dla domowego budżetu. Ewentualna duża podwyżka taryf byłaby więc decyzją wyjątkowo niepopularną. Z drugiej strony sama prezes URE zaznaczała, że nie jest przesądzone, iż w 2027 roku ceny energii dla gospodarstw domowych wzrosną. Regulator musi bowiem brać pod uwagę rzeczywiste koszty i sytuację rynkową.
Powstaje więc bardzo ciekawy dylemat. Czy w roku wyborczym URE będzie w stanie zaakceptować taryfy wynikające z wysokich kosztów, jeżeli oznaczałoby to wyraźny wzrost rachunków? Tego dziś nie wiemy. Możemy jednak już teraz wskazać, że presja będzie działała w obu kierunkach.
Jeśli nie zapłaci odbiorca, zapłaci ktoś inny
W ekonomii nie ma tzw. darmowych obiadów. Jeżeli rzeczywisty koszt zakupu energii wzrośnie, a jego całość nie zostanie przeniesiona na odbiorcę, różnica musi zostać pokryta w inny sposób. Może to oznaczać zastosowanie mechanizmów osłonowych, takich jak mrożenie cen prądu, i zaangażowanie pieniędzy publicznych. Może też oznaczać niższe marże przedsiębiorstw energetycznych albo ograniczenie środków przeznaczanych na inwestycje.
Dlatego pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie: czy URE podniesie taryfy? Powinno brzmieć: kto zapłaci, jeżeli energia rzeczywiście będzie droższa?
Jeżeli rachunek zostanie częściowo przeniesiony do budżetu państwa, zapłacą podatnicy. Jeżeli zostanie przeniesiony na firmy, wzrosną ich koszty. Jeżeli natomiast poniosą go bezpośrednio konsumenci, zobaczymy wyższe rachunki.
Przemysł nie ma już dużego marginesu
Jeszcze poważniejsze konsekwencje może mieć wzrost cen energii dla przedsiębiorstw. Dla gospodarstwa domowego energia jest ważną pozycją w budżecie. Dla wielu przedsiębiorstw jest natomiast jednym z podstawowych kosztów prowadzenia działalności. Dotyczy to szczególnie przemysłu energochłonnego: hutnictwa, przemysłu chemicznego, cementowego, papierniczego, spożywczego czy części branży materiałów budowlanych.
Polskie przedsiębiorstwa już mierzą się z wysokimi kosztami pracy, regulacjami środowiskowymi, kosztami transformacji energetycznej, których ramy wyznacza krajowy plan w dziedzinie energii i klimatu, oraz konkurencją ze strony zagranicznych producentów. Zapowiadane przez rząd obniżenie cen energii dla firm ma ten problem łagodzić, ale nie usuwa jego źródła. Kolejny wzrost cen energii może więc oznaczać nie tylko niższe zyski, ale dla części firm także decyzję o ograniczeniu produkcji, rezygnacji z inwestycji albo przeniesieniu części działalności do państwa, w którym energia jest tańsza. Pociągnie to zapewne za sobą zwolnienia grupowe i wzrost bezrobocia. Może to być szczególnie niebezpieczne dla całej gospodarki, ponieważ utrata przemysłu jest znacznie trudniejsza do odwrócenia niż czasowy wzrost cen.
Droższy prąd oznacza droższe produkty
Wysokie ceny energii nie kończą się na rachunku za prąd. Producent, który płaci więcej za energię, ma trzy możliwości. Może zaakceptować niższą marżę, ograniczyć koszty albo podnieść cenę produktu. Jeżeli podniesie cenę, koszt ostatecznie ponosi konsument. Dlatego wyższe ceny energii mogą przełożyć się na ceny żywności, materiałów budowlanych, usług, transportu, magazynowania i produktów przemysłowych.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy produkt zdrożeje dokładnie o tyle samo, o ile wzrośnie cena energii. Energia jest tylko jednym z wielu elementów kosztów. Mechanizm jest jednak prosty: im droższe jest wytworzenie i dostarczenie produktu, tym większa presja na jego cenę. W ten sposób problem energetyczny może ponownie stać się problemem inflacyjnym, a koszty energii wrócą na listę głównych przyczyn inflacji.
2027 rok może być testem
Najbliższe miesiące będą więc kluczowe, ponieważ właśnie teraz przedsiębiorstwa energetyczne kontraktują znaczną część energii potrzebnej na przyszły rok. Jeżeli ceny hurtowe pozostaną wysokie, presja na taryfy będzie rosła.
Czy URE ją zaakceptuje? Tego dziś nie wiadomo.
Jedno jest natomiast pewne: kalendarz wyborczy nie zmienia kosztów funkcjonowania energetyki. Jeżeli energia będzie droga, regulator i rząd staną przed wyborem, kto poniesie tego konsekwencje.
Można próbować chronić gospodarstwa domowe przed podwyżką. Można ograniczać jej skalę. Można stosować dopłaty, ale żadne z tych rozwiązań nie spowoduje, że wysoka cena energii zniknie. Ostatecznie koszt zawsze musi być przez kogoś poniesiony: czy to będzie odbiorca w rachunku, podatnik w budżecie, przedsiębiorstwo w postaci niższej rentowności, czy konsument w cenie produktu.
Dlatego wzrost cen hurtowych powinien niepokoić nie tylko tych, którzy już teraz zastanawiają się, ile zapłacą za prąd w przyszłym roku. Stanowi to problem całej gospodarki. Nie można zbudować zamożnego społeczeństwa i silnej gospodarki z drogą energią.
Jeżeli Polska chce mieć silny przemysł, konkurencyjne firmy i jednocześnie przeprowadzić kosztowną transformację energetyczną, musi odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: jak zapewnić przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym energię w cenie, która nie zabije konkurencyjności polskiej gospodarki?
W przeciwnym razie może się okazać, że największym kosztem drogiej energii nie będzie nawet wyższy rachunek za prąd. Będzie nim coraz mniej konkurencyjny polski przemysł, wyższe ceny produktów i rosnące koszty życia.











