- Bezprawnik -
- Prawo -
- Biedronka nie chce podać nazwy ubezpieczyciela. A poślizgnęła się już dawno temu
Biedronka nie chce podać nazwy ubezpieczyciela. A poślizgnęła się już dawno temu
Rozgniecione winogrona na podłodze, upadek i sześć tygodni z unieruchomionym kolanem. Klientka Biedronki z Wrocławia od początku sierpnia próbuje uzyskać od sieci odszkodowanie za wypadek w sklepie i, jak twierdzi, do dziś nie dostała decyzji ani nawet pewnej informacji, który ubezpieczyciel prowadzi jej sprawę. Jej historia dobrze pokazuje, jak łatwo utknąć w takim sporze i jakie narzędzia ma poszkodowany, kiedy duża firma przestaje odpowiadać.
Upadek na winogronach w Biedronce przy Krakowskiej
Do redakcji zgłosiła się czytelniczka, która 1 sierpnia 2026 r. robiła zakupy w Biedronce przy ul. Krakowskiej 1 we Wrocławiu. Według jej relacji poślizgnęła się na rozgniecionych winogronach leżących na podłodze i upadła, raniąc kolano. Skutki nie skończyły się na siniaku: kolano było unieruchomione przez sześć tygodni, przez pierwsze dwa kobieta chodziła o kulach, a leczenie trwa do dziś.
Zdarzenie zostało odnotowane przez sklep. Czytelniczka ma dokumentację medyczną, zdjęcia miejsca wypadku, dokumenty sporządzone przez personel oraz całą korespondencję z siecią, którą deklaruje gotowość udostępnić do weryfikacji.
Z jej opisu wynika też, że reakcja personelu tuż po upadku była co najmniej zaskakująca. Kierownik sklepu miał zostać od razu poinformowany o wypadku, ale zamiast podejść do poszkodowanej, poszedł po maszynę do mycia podłogi. Kontakt z nim, jak twierdzi kobieta, nawiązała dopiero ona sama. Złożyła na niego osobną skargę.
Ubezpieczyciel, którego nikt nie potrafi wskazać
Według czytelniczki Biedronka zarejestrowała zgłoszenie pod konkretnym numerem i poinformowała, że 3 sierpnia przekazała sprawę ubezpieczycielowi. Potem zaczęły się schody. W rozmowach telefonicznych pracownicy sieci mieli odmawiać podania danych tego ubezpieczyciela. „Raz mówią, że nie wiedzą, raz że nie mogą”, opisuje kobieta. Podczas jednej z rozmów miała wreszcie usłyszeć nazwę firmy, ale jej zdaniem chodziło o ubezpieczyciela floty pojazdów, a nie o polisę obejmującą wypadki klientów.
Wobec braku postępów czytelniczka skierowała do spółki przedsądowe wezwanie do zapłaty. Jak twierdzi, do dziś nie dostała odpowiedzi, decyzji ani nawet informacji o przedłużeniu terminu. „Przeraża mnie to, że taki sklep może w tak bezczelny sposób uchylać się od konsekwencji”, pisze w wiadomości do redakcji.
Po opisaniu sprawy w facebookowej grupie „Biedronkowe cuda” odezwały się do niej dwie osoby, które twierdzą, że są w podobnej sytuacji. Jeszcze inna kobieta miała napisać, że spiera się z siecią od pięciu lat, a jej sprawa trafiła ostatecznie do sądu. Czytelniczka jest przekonana, że to celowa strategia: skoro do sądu dojdzie tylko część poszkodowanych, przeciąganie sprawy po prostu się opłaca.
Kto odpowiada za śliską podłogę w sklepie
Wina sklepu i art. 415 Kodeksu cywilnego
Prawnie sprawa jest dość klasyczna. Sklep odpowiada za szkody wyrządzone klientom na zasadzie winy, czyli na podstawie art. 415 Kodeksu cywilnego. Zaniedbanie polega tu na tym, że personel nie zadbał o bezpieczny stan posadzki: nie sprzątnął w porę rozgniecionych owoców, nie oznaczył miejsca, nie zareagował. Sądy wielokrotnie przyjmowały, że duży sklep samoobsługowy musi liczyć się z tym, że towar ląduje na podłodze, i powinien mieć procedury, które takie zagrożenia szybko usuwają.
Tak jak każdy wypadek w sklepie, także ten wymaga od poszkodowanej udowodnienia trzech rzeczy: szkody, zaniedbania po stronie sklepu i związku przyczynowego między nimi. Ciężar dowodu spoczywa na kliencie, dlatego zdjęcia z miejsca zdarzenia i notatka sporządzona przez sklep mają ogromne znaczenie. Wrocławianka akurat tę część odrobiła wzorowo. Sklep może się bronić zarzutem przyczynienia się poszkodowanej (art. 362 k.c.), na przykład nieuwagą, co najwyżej obniży to jednak odszkodowanie, a nie je wykluczy. Temat nie jest zresztą nowy: niedawno opisywaliśmy, że paletoza w Biedronce ma swoją cenę dla klientów, którzy potykają się o towar w przejściach.
Odszkodowanie, zadośćuczynienie i koszty leczenia
Poszkodowanej należą się dwa rodzaje świadczeń. Odszkodowanie z art. 444 k.c. pokrywa wymierne straty: koszty leczenia, rehabilitacji, leków, dojazdów do lekarza czy utracone zarobki. Zadośćuczynienie z art. 445 k.c. ma zrekompensować ból, cierpienie i ograniczenia w codziennym życiu. Dla osób, które chcą zrozumieć, czym różni się odszkodowanie od zadośćuczynienia, najprostsza odpowiedź brzmi: pierwsze dotyczy portfela, drugie krzywdy. Przy kilkutygodniowym unieruchomieniu kolana i trwającym leczeniu to właśnie zadośćuczynienie może być większą częścią roszczenia, choć wysokość zadośćuczynienia zależy w dużej mierze od oceny konkretnego sądu.
Czy Biedronka musi podać dane ubezpieczyciela?
Tu sprawa robi się ciekawsza. Trudno wskazać przepis, który wprost nakazywałby sklepowi ujawnienie poszkodowanemu, u kogo ma wykupione dobrowolne OC. Tyle że w praktyce ma to mniejsze znaczenie, niż mogłoby się wydawać.
Odpowiedzialna za szkodę jest przede wszystkim sama spółka prowadząca sklep, czyli Jeronimo Martins Polska. Polisa OC to jej sposób na przerzucenie kosztów, a nie przeszkoda dla klienta. Art. 822 § 4 k.c. daje poszkodowanemu możliwość dochodzenia roszczeń bezpośrednio od ubezpieczyciela, ale to uprawnienie, a nie obowiązek. Brak danych ubezpieczyciela nie blokuje więc roszczenia wobec samej Biedronki.
Jeżeli sieć rzeczywiście zgłosiła szkodę ubezpieczycielowi 3 sierpnia, to ten miał swoje terminy. Ustawowy termin na wypłatę odszkodowania wynosi co do zasady 30 dni od zawiadomienia (art. 817 k.c.). Jeśli w tym czasie nie da się wyjaśnić okoliczności, ubezpieczyciel powinien na piśmie poinformować uprawnionego, dlaczego nie wypłaca świadczenia, i wypłacić przynajmniej bezsporną część. Ustawa o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej wymaga ponadto, żeby po otrzymaniu zgłoszenia podjął postępowanie wyjaśniające i poinformował osobę zgłaszającą roszczenie, jakich dokumentów potrzebuje. Skoro według czytelniczki nikt się z nią przez prawie trzy miesiące nie skontaktował, to albo zgłoszenie do ubezpieczyciela nigdy nie trafiło, albo ten zignorował swoje obowiązki.
Czytelniczka twierdzi też, że nie ma instytucji, która mogłaby wymusić na sieci reakcję. W odniesieniu do samego sklepu niestety w dużej mierze ma rację: UOKiK zajmuje się zbiorowymi interesami konsumentów, a nie pojedynczymi sporami odszkodowawczymi, a pomoc miejskiego rzecznika konsumentów w sprawie deliktowej bywa ograniczona. Inaczej jest z ubezpieczycielem. Ten, jako instytucja finansowa, podlega Rzecznikowi Finansowemu, który przyjmuje wnioski o interwencję również od poszkodowanych, ale dopiero po przejściu procedury reklamacyjnej. Do tego potrzebna jest jednak nazwa ubezpieczyciela, czyli dokładnie to, czego czytelniczka nie może się doprosić.
Pozew przeciwko Biedronce i tańsza droga do ugody
Sąd wydaje się ostatecznością, ale nie musi być tak kosztowny i odstraszający, jak się często zakłada. Jest kilka rozwiązań, które warto znać.
Zawezwanie do próby ugodowej
Zanim padnie pozew, można złożyć do sądu rejonowego właściwego dla siedziby spółki wniosek o zawezwanie do próby ugodowej (art. 185 k.p.c.). Opłata wynosi jedną piątą tego, co trzeba by zapłacić od pozwu, a firma zostaje wezwana na posiedzenie, na którym musi się do roszczenia odnieść. Jeśli dojdzie do ugody, ma ona moc ugody sądowej. Jeśli nie, poszkodowany niewiele traci, a precyzyjnie sformułowany wniosek przerywa bieg przedawnienia.
Przedawnienie, koszty i zwolnienie od opłat
Czasu jest sporo. Roszczenia za szkodę na osobie przedawniają się co do zasady z upływem trzech lat od dnia, w którym poszkodowany dowiedział się o szkodzie i osobie odpowiedzialnej (art. 442¹ k.c.). Nie warto jednak zwlekać, bo świadkowie zapominają, a nagrania z monitoringu sklepowego są kasowane.
Opłata od pozwu przy roszczeniach do 20 tys. zł jest stała i zależy od przedziału wartości, powyżej tej kwoty wynosi 5 proc. Osoby, które nie są w stanie jej ponieść, mogą wnosić o zwolnienie od kosztów sądowych. Wygrana strona odzyskuje od przegranej koszty procesu, a od kwot należnych od dnia wskazanego w wezwaniu do zapłaty biegną odsetki za opóźnienie. Projekt pisma o zwolnienie od kosztów można przygotować bezpłatnie w punktach nieodpłatnej pomocy prawnej działających w każdym powiecie.
Spór, który dla sieci kosztuje niewiele
W tej historii najbardziej uderza nie sam wypadek, bo te w sklepach się zdarzają, tylko to, co według czytelniczki działo się potem: brak kontaktu, brak decyzji, brak odpowiedzi na wezwanie do zapłaty. Jeśli jej relacja się potwierdzi, będzie to przykład mechanizmu, w którym duża firma niewiele ryzykuje, czekając. Część poszkodowanych zrezygnuje, część zgodzi się na symboliczną kwotę, a do sądu dotrą nieliczni.
Kłopot w tym, że ci nieliczni zwykle wygrywają. Wrocławianka ma notatkę sklepu, zdjęcia i dokumentację medyczną, czyli komplet dowodów, z którym w sprawach o upadek w sklepie sądy rzadko mają wątpliwości. Przy takim materiale przeciąganie sprawy może się sieci ostatecznie opłacić gorzej niż szybka ugoda: do zadośćuczynienia i odszkodowania dojdą odsetki oraz koszty procesu.










