- Bezprawnik -
- Zakupy -
- Restauracje powinny podawać kalorie obok ceny. Jedzenie w ciemno nie jest wolnym wyborem
Restauracje powinny podawać kalorie obok ceny. Jedzenie w ciemno nie jest wolnym wyborem
W zeszłym miesiącu byłem w USA i przypomniała mi się rzecz, do której człowiek przyzwyczaja się tam zaskakująco szybko: w wielu sieciowych restauracjach obok nazwy dania i ceny stoi jeszcze jedna liczba – liczba kalorii. W McDonald's, Denny's i innych dużych sieciach nie trzeba szukać jej na stronie internetowej, pytać kelnera ani skanować kodu QR. Patrzę na menu i od razu wiem, że jedna pozycja ma kilkaset kalorii, a inna może pochłonąć sporą część dziennego zapotrzebowania.
Chętnie widziałbym coś podobnego w Polsce. Tyle że im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że mamy tu podręcznikowy przykład regulacji, która brzmi banalnie, ma dobre uzasadnienie, a jednak ktoś ostatecznie musi za jej wdrożenie zapłacić.
W USA kalorie nie są informacją dla najbardziej dociekliwych
To, co widać w amerykańskich sieciówkach, nie wynika wyłącznie z dobrej woli przedsiębiorców. Federalne przepisy obejmują restauracje i podobne punkty gastronomiczne należące do sieci mających co najmniej 20 lokalizacji, działających pod tą samą nazwą i oferujących zasadniczo te same pozycje. Kaloryczność standardowych dań ma być widoczna już w miejscu podejmowania decyzji. Osobnym rozdziałem jest to, ile kalorii mają drinki – tu zaskoczenie bywa jeszcze większe niż przy jedzeniu.
Skoro Amerykanie widzą kalorie, dlaczego nie są najszczuplejsi?
Oczywiście tutaj pojawia się bardzo dobry kontrargument: skoro Amerykanie mają kalorie wypisane przed nosem, to dlaczego nie uchodzą za najzdrowszy i najszczuplejszy naród świata?
Czy to jednoznacznie przekreśla racjonalność takiego pomysłu? Według mnie nie – po prostu jedna liczba w menu nie rozwiązuje problemu otyłości. Każdy dobrze wie, że wpływa na nią szereg innych czynników. Tak samo podawanie ceny nie sprawia, że ludzie stają się oszczędni.
W Polsce znamy wielkość porcji. Kalorii już nie
Polskie przepisy już teraz wymagają od restauracji więcej, niż wielu klientów zapewne przypuszcza. Cennik powinien wskazywać nie tylko cenę i pełną nazwę potrawy, ale również ilość, której ta cena dotyczy.
W praktyce bywa z tym różnie. I nie musimy nawet sięgać do starych danych. W pierwszej połowie 2026 roku Inspekcja Handlowa skontrolowała 317 lokali gastronomicznych. Nieprawidłowości znaleziono w 80 proc. z nich, a w 60 proc. przypadków brakowało informacji o ilości potraw lub napojów albo w ogóle cennika. Kolejne kontrole pokazują zresztą, że oszustwa w gastronomii nie są marginesem branży. Ogólnego obowiązku umieszczania przy daniu jego kaloryczności natomiast nie ma.
„Dopisać jedną liczbę" brzmi tanio tylko do momentu, gdy trzeba tę liczbę policzyć
Trzeba mieć recepturę, znać dokładne ilości składników, policzyć ich wartość energetyczną, uwzględnić porcję, a później powtarzać obliczenia przy zmianie receptury. Jeżeli menu zmienia się sezonowo, trzeba zrobić to ponownie.
Nie musi to oznaczać wysyłania każdego kotleta do laboratorium. W Anglii dopuszcza się obliczanie wartości na podstawie receptur, danych producentów czy odpowiednich baz. Nadal jednak ktoś musi poświęcić na to czas, kupić lub wdrożyć odpowiednie narzędzia, przygotować dane, zmienić menu i później pilnować jego aktualności.
Niby mała informacja, ale generuje koszty. Przedsiębiorca może ten koszt pokryć z własnej marży, ale wszyscy dobrze wiemy, jak może być w rzeczywistości. Że koszty regulacji zdrowotnych lądują ostatecznie w cenach, pokazała już w Polsce opłata cukrowa. Wszystko można przecież wrzucić w koszty.
Nawet brytyjski rząd przyznał: koszt może trafić do rachunku klienta
Anglia wprowadziła taki obowiązek w 2022 roku, ale nie objęła nim każdego kebaba, rodzinnej pizzerii i baru mlecznego. Regulacja dotyczy zasadniczo dużych przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 250 osób.
Brytyjska ocena skutków rozważała również wariant obejmujący cały rynek. Szacowane koszty takiego rozwiązania w okresie 25 lat wynosiły około 510 mln funtów. Po ograniczeniu obowiązku wyłącznie do dużych przedsiębiorstw spadały do około 12 mln funtów. Rząd świadomie wybrał węższy wariant właśnie po to, żeby nie obciążać nieproporcjonalnie mikro, małych i średnich firm.
Brytyjskie ministerstwo zdrowia wprost rozważyło scenariusz, w którym przedsiębiorcy przeniosą koszty wdrożenia na konsumentów poprzez wyższe ceny. Jednocześnie uczciwie zaznaczyło, że dowodów pozwalających stwierdzić, czy rzeczywiście tak się stanie, było niewiele.
A może jednak nie będzie aż tak źle?
W przypadku dużych firm brytyjskie szacunki wskazywały na bardzo małe koszty bieżące – około 0,001 proc. ich obrotów. Nie ma więc raczej podstaw, żeby straszyć, że nagle wszystko drastycznie pójdzie do góry. Tym bardziej, że już teraz największe fast foody mają publicznie dostępne kaloryczności swoich produktów na papierowych podkładkach czy stronach internetowych. W wielu przypadkach ta zmiana sprowadzałaby się do zmiany szyldów czy napisu na ekranie automatu samoobsługowego do zamawiania jedzenia.
Ostatecznie nie chodzi przecież o to, by państwo poprzez restauracyjne menu wychowywało obywateli albo dyktowało im, co mają jeść. Chodzi o wyeliminowanie asymetrii informacji. Na sklepowych półkach idziemy w tę stronę od lat, czego przykładem są nowe etykiety produktów spożywczych. Trudno mówić o świadomym wyborze, gdy konsument podejmuje decyzję w pełnej nieświadomości – bo tak w wielu miejscach nadal jest.
Jeśli regulować, to z głową
Doświadczenia Amerykanów czy Brytyjczyków pokazują, że da się to zrobić bez wywoływania fali bankructw w lokalnej gastronomii. Kluczem jest elastyczność i pragmatyzm, a nie ślepy dogmatyzm. Przepisy nie mogą wymagać certyfikowanych badań laboratoryjnych dla każdej potrawy. Wystarczyć powinny wyliczenia na podstawie ogólnodostępnych informacji i standardowych receptur. Nadgorliwość kończy się zwykle jałowymi sporami w rodzaju tego, czy tradycyjna polska żywność jest niezdrowa.
Dania dnia i sezonowe menu powinny mieć wyłączenia
Gotowanie to nie produkcja taśmowa w fabryce śrubek. Pozycje takie jak dania dnia czy oferty sezonowe zmieniane co tydzień mogłyby być zwolnione z tego obowiązku. Nie wyobrażam sobie też sytuacji, w której właściciel niewielkiej restauracji musiałby każdego ranka przeliczać kaloryczność zupy dnia tylko dlatego, że tym razem wrzucił do garnka trochę więcej ziemniaków. To byłaby już regulacyjna groteska, a nie realna ochrona konsumenta.
W lokalnej gastronomii pewna zmienność jest przecież czymś naturalnym. Raz porcja będzie miała 720 kcal, innym razem 760. Można też stworzyć wyłączenia dla najmniejszych przedsiębiorców. Właściciel jednego baru nie znajduje się przecież w takiej samej sytuacji jak sieć, która sprzedaje miliony identycznych burgerów według jednej receptury.










