Zięba i inni znachorzy nie leczą. I nie wyleczą. To oficjalne stanowisko Ministerstwa Zdrowia

Państwo Zdrowie dołącz do dyskusji (55) 08.11.2018
Zięba i inni znachorzy nie leczą. I nie wyleczą. To oficjalne stanowisko Ministerstwa Zdrowia

Udostępnij

Emilia Wyciślak

Ministerstwo Zdrowia mówi wprost: znachorzy nie leczą. Leczyć nie mogą, bo nie mają do tego uprawnień, nie mają wiedzy, nie mają podstaw. A jednak mnóstwo ludzi idzie do nich po poradę. Trudno się przyznać przed samym sobą, że jest się oszukiwanym.

Sejm właśnie odrzucił – prawie jednomyślnie – projekt zniesienia przymusowych szczepień. Jest to cios w ruchy antyszczepionkowe, pokazuje bowiem, że partie polityczne staną nad podziałami, aby znowu nie pojawiła się taka sytuacja, jak ostatnie zachorowania na odrę w Polsce. My jednak dostaliśmy pismo od dyrektora biura prasy i promocji Ministerstwa Zdrowia, pana Krzysztofa Jakubiaka. Zapytaliśmy bowiem o stanowisko rządzących w dobie nasycenia rynku „usługami” znachorskimi oraz książkami o „leczeniu”. Jak się okazuje, nie różni się ono wiele od tych prezentowanych przez lekarzy.

Zacznijmy od początku, bo chcę się wyrazić bardzo precyzyjnie. Jerzy Zięba nie jest lekarzem. 95% znachorów i doradców „medycznych” oferujących wodę strukturyzowaną i książki za 99,99 zł (tylko-w-naszej-księgarni), nie jest lekarzami. Nigdy nie mieli uprawnień medycznych. Większość tego, czego nauczają, zwyczajnie zmyślili. Opierają się na jakichś całkowicie wyssanych z palca danych. Czasami (w imię zasady, że zepsuty zegar dwa razy na dobę dobrą godzinę pokaże) gdzieś oscylują wokół prawdy, ale tylko po to, żeby stworzyć sobie sztafaż wiarygodności. Straszą zwykłych, normalnych ludzi tym, że zawiązał się spisek przeciwko nim. Spisek lekarzy, mafii medycznych. Dla znachorów jest to źródło fantastycznego, niewyczerpanego zarobku.

Ministerstwo Zdrowia znachorzy

Często oskarża się mnie o to, że w przypadku medycyny alternatywnej bywam stronnicza, toteż postaram się najpierw wyjaśnić.

Jeśli ktoś sądzi, że znachor chce jego dobra – jest w błędzie. Znachor żeruje na naszej niewiedzy, stosuje sztuczki erystyczne, tworzy pewien efekt Lucyfera („ONI życzą ci źle, ONI są skorumpowani, przekupieni, bogaci, a TY? TY jesteś ofiarą”). Kiedy już namieszają komuś w głowie, gnają go prosto w kozi róg („ONI cię oszukują, ale JA mam coś, co ci pomoże. To taki nasz sekret”). W ten sposób dzielą się niby zakazaną wiedzą, więc człowiek czuje, że oto ktoś życzliwy wyrwał go z marazmu. O napuszczenie ludzi na lekarzy nietrudno – raz, że media rozdmuchują każdy błąd w sztuce, dwa, że każdy zna lekarza, który dał kiedyś nie do końca trafną diagnozę, trzy, że bardzo łatwo nastraszyć rodziców („TWOJE dziecko dotknie niewyobrażalne kalectwo, gdy je zaszczepisz”). Podawane dane są wyrywkowe, często na zasadzie wmawiania sobie efektu potwierdzenia, czyli wyciągania tylko tych informacji, które mają podeprzeć tezę przy jednoczesnym pomijaniu niewygodnych (na przykład: w szczepionkach jest rtęć – i co z tego, że całkowicie nieszkodliwa etylortęć).

Jest jeszcze jedna rzecz. Jeśli już w coś chcemy wierzyć, nie lubimy potem przyznawać się do błędu. Bardzo. Musimy wtedy powiedzieć sobie samemu, że daliśmy się oszukać. A jeśli broniliśmy kiedyś naszego stanowiska, refleksja jest jeszcze trudniejsza. Strach przed tym, że ktoś nam to będzie wypominał, jest czasami większy, niż zdrowy rozsądek.

Znachorzy nie leczą, mówi Ministerstwo Zdrowia

Z Ministerstwem Zdrowia i znachorami jest taki troszkę paradoks, o którym za chwilę sobie powiemy. Najpierw przytoczono nam wszystkie przepisy oraz sprawy, którymi zajmuje się minister zdrowia. Wyjaśniono, na czym polega zawód lekarza. A później wyjaśniono, dlaczego znachorzy NIE LECZĄ.

Pozwolę sobie najpierw przytoczyć istotne fragmenty stanowiska dyrektora Jakubiaka:

Jednakże należy podkreślić, że proces leczenia powinien każdorazowo prowadzić do wyzdrowienia i poprawy jakości życia, a wdrażane procedury lecznicze z użyciem leków i sprzętu medycznego przed powszechnym ich stosowaniem podlegają badaniom klinicznym i naukowym. Zatem sam proces leczenia ma szczegółowo określone w powszechnie obowiązujących przepisach prawnych kryteria i zasady jego organizacji oraz jest realizowany przez wykwalifikowany personel medyczny, który ponosi odpowiedzialność zawodową, cywilną i karną za popełnione błędy medyczne. Zgodnie z brzmieniem art. 3 ust. 1 ustawy z 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej (Dz. U. z 2018 r. poz. 160, z późn. zm.), działalność lecznicza polega na udzielaniu świadczeń zdrowotnych.

Ważne dwa punkty.

  1. Znachor nie jest lekarzem, więc nie ponosi odpowiedzialności za to, jeśli polecane przez niego „leki” (świadomie używam tego sformułowania, zaraz wyjaśnię dlaczego), zazwyczaj dostępne za duże pieniądze w jego sklepie, nam nie pomogą. Z kolei, jeśli to lekarz się pomyli i zapisze nam coś niewłaściwego, to on będzie ponosił odpowiedzialność.
  2. Działalność lecznicza polega na udzielaniu świadczeń zdrowotnych. Czyli leczą ci, którzy tego świadczenia udzielają. Leczą.

A dalej:

Z przytoczonych przepisów wynika, że świadczenie zdrowotne to czynność o charakterze medycznym w rozumieniu medycyny opartej na naukowych dowodach i badaniach klinicznych. Natomiast działania „znachorskie” nie są świadczeniami zdrowotnymi w rozumieniu polskich przepisów prawnych. Takie działania pozostają poza właściwością resortu zdrowia, który nie prowadzi analizy powyższej działalności w Polsce. Działania edukacyjne MZ są prowadzone szeroko, dotyczą różnych obszarów zdrowia i medycyny,  ukierunkowane są na prozdrowotny styl życia i ograniczanie wpływu czynników szkodliwych na zdrowie obywateli. W wielu prowadzonych kampaniach podkreślane są kwestie postępowania zgodnie z zaleceniami medycyny opartej na dowodach naukowych (EBM – evidence based medicine).

Leczą tylko lekarze, ponieważ oni udzielają świadczenia. Znachorzy, z punktu widzenia polskiego prawa, nie leczą. I tutaj mamy paradoks, o którym mówię. Ponieważ znachorzy nie leczą, nie mogą być ukarani tak, jak lekarze, którzy popełnią błędy. Nic im nie można (teoretycznie) zrobić.

I tutaj najważniejsze: świadczenia zdrowotne oparte są o naukowe dowody i badania kliniczne. Dowody, nie podejrzane fakty gdzieś z głębi Internetu. Fakty, nie wymysły autora książki „Wylecz raka już dziś za pomocą tej prostej metody”. Lekarz, który zacznie wymyślać niestworzone teorie, zostanie w najgorszym razie pozbawiony prawa do wykonywania zawodu. Dyrektor Jakubiak zwrócił nam uwagę na to, że lekarze mogą czasem zaordynować leki dopuszczone w innych państwach, ale muszą prowadzić do tego szczegółową dokumentację medyczną i uzasadnić taki wybór rzeczowymi argumentami. Powołując się na naukę! Naukę, która rozwijała się przez tysiące lat, na której kształtowanie mieli wpływ Hipokrates, Paracelsus, Galen, Johann Helmont, Awicenna… a i oni popełniali błędy, oni też się mylili, a jednak dorobek ich ciężkiej pracy – udoskonalony przez setki tysięcy innych badaczy na przestrzeni czasu – wtłacza się teraz do głowy młodym lekarzom. I medycyna dalej się rozwija. Powiedzcie sobie sami: ilu znachorów mówi, że dotychczas stosowana przez nich metoda była błędna i trzeba zastosować inną? Ilu z nich powie: musimy zmienić skład mojego najnowszego dekoktu?

Czy nie na tym polega właśnie nauka? Na szukaniu odpowiedzi, udoskonalaniu dawnych metod, przecieraniu nowych ścieżek, na niesieniu faktycznej pomocy? Zapytajcie Jerzego Ziębę, absolwenta AGH, marketingowca, czy potrafi pomóc człowiekowi, który wpadł pod tramwaj. A potem zapytajcie chirurga z SOR-u, tego samego, który idzie szlakiem starych mistrzów medycyny, który doprowadził ich sztukę do doskonałości. Przyznać, że lekarze się mylą, jest łatwo. Ale przyznaj kiedyś, że myli się Zięba…

Ministerstwo Zdrowia siłą rzeczy staje więc po stronie lekarzy. Nigdy nie weźmie na poważnie Jerzego Zięby ani jemu podobnych. Nie weźmie, ponieważ ludzie pracujący w resorcie zdrowia uczyli się, praktykowali i doskonalili przez długie lata. Siłą rzeczy, wiedzą lepiej od kogoś, kto rzucił kilkoma lotnymi hasełkami tylko po to, by zarobić pieniądze na swojej „drodze pod prąd”.

Zasugerowaliśmy, że dobrym rozwiązaniem byłaby kampania uświadamiająca ludzi o tym, że są wykorzystywani przez znachorów. Ministerstwo odpowiedziało, że propozycja zostanie wzięta pod rozwagę i poddana analizie.