Dzień z życia zawodowego nabijacza w butelkę

Lokowanie produktu Na wesoło dołącz do dyskusji (17) 29.06.2020
Dzień z życia zawodowego nabijacza w butelkę

Marek Krześnicki

„Nabijać w butelkę to, panie redaktorze, trzeba umieć. Ja umiem”.

Niepozorny dom w centrum Polski. Niby w mieście, ale jakby poza nim. Niby dworek (bo kolumny), ale jednak też trochę klasyczna, PRL-owska kostka (którą kiedyś faktycznie budynek był). Na podjeździe dobre auto, na ścianach czerwony klinkier.

W butelkę nabijałem więc, panie Marku, już za dzieciaka. Miałem to tego smykałkę, jak to się kiedyś mówiło. Po mamusi chyba, ona zawsze obrotna była. Robiłem psikusy kolegom, owszem, ale to wszystko żarty tylko były. Ale jak Wałęsa komunę pogonił i można było zacząć się bogacić, to, proszę pana, ja czułem, że to będzie mój czas. – Pan Stanisław, gospodarz, wstał i wyjął z meblościanki mogącej rzeczywiście pamiętać czasy Wałęsy (i to wczesnego) album ze zdjęciami. – O zobaczy pan, to ja, jak ziemniaki sprzedawałem na rynku. Złoty interes. Wagę tak spreparowałem, że sprzedawałem 10 kilo, a płacili mi za 12. Niby niedużo, ale zyski rosły mi jak szalone. Poloneza kupiłem, czerwonego! – panu Stanisławowi oczy wyraźnie się zaszkliły na wspomnienie dawnych czasów. – Zrozumiałem wtedy – kontynuował po chwili, gdy emocje opadły – że to nie klient ma być zadowolony, ale ja. Nie narobić się, ale zarobić. Nabić w butelkę.

Stanisław wyjął z szafy gruby zeszyt, w którym skrupulatnie zapisywał swoje pomysły na kantowanie klientów. Rozcieńczanie perfum i alkoholi; przyklejanie metek tak, aby tanie ubrania udawały znane i markowe; majstrowanie przy wadze i odważnikach… Kilkanaście kartek zapisanych drobnym maczkiem.

Pierwsze, większe pieniądze zarobione na handlu na bazarku Stanisław zainwestował w firmę budowlaną, zajmującą się głównie remontami. I czego Stanisław nie robił, aby realizować swoją misję nabijania w butelkę kogo tylko się da. Mieszanie farb z wodą wbrew zaleceniom producentów. Montowanie w ścianach kabli o mniejszym przekroju. Zbyt dużo piasku w betonie.

Ale teraz, panie Marku, pokażą panu moją dumę – Stanisław podniósł się z kiwającego się we wszystkie strony i wydającego dziwne dźwięki obrotowego fotela, gestem ręki wskazując boczne drzwi. Prowadzą one do niedużego placu pełniącego funkcję parkingu. Ale to nie jest zwykły parking. Wzruszony Stanisław pokazuje rząd lśniących, czarnych passatów kombi. – Niemcy płakali jak sprzedawali, do granicy, panie, biegli za lawetą! – mówi właściciel, puszczając oczko, tak na wszelki wypadek. 20-letnie auta na pierwszy rzut oka wyglądają jak z salonu, wprawne oko dostrzeże jednak niedoskonałości lakieru po pracach blacharskich (choć na ogłoszeniu widać wielki napis: BEZWYPADKOWE, OD PIERWSZEGO WŁAŚCICIELA), a zdziwienie budzi stan liczników wynoszący równe 199 999 km. Zaniepokojenie ekologów wzbudzić może z kolei plakat zawieszony na płocie oznajmiający wszem i wobec, że „DPF TANIO DYSKRETNIE”.

Cierpliwie wysłuchawszy opowieści pana Stanisława o tym, jak w latach 90-tych sprowadzał swoje pierwsze golfy do ojczyzny, powoli przeszliśmy za budynek. Imponująca kolekcja porcelanowych krasnali wprowadzała, o dziwo, harmonię do chaotycznego jak plany zagospodarowania przestrzennego w typowym polskim mieście ogrodu. Usadowiwszy się wygodnie w wiklinowym fotelu, Stanisław kontynuował wspomnienia.

Ale golfy i passaty szybko mi się, panie Marku, znudziły. No bo co to za frajda, kupić tanio, trochę podrasować (w tym miejscu znowu mrugnął do mnie okiem) i sprzedać drożej. Każdy głupi to potrafi. A ja chciałem więcej. Zawsze chciałem więcej. Jak wie pan, ten, no, Gekko. Gordon Gekko. Kojarzy pan, ten z filmu. No więc pomyślałem, że warto pójść w finanse. I otworzyłem sobie pośrednictwo finansowe. Kredyty frankowe sprzedawałem. I teraz niektórzy, co to im te kredyty sprzedałem, to mnie omijają jak idę do sklepu, no ale ludzie sami brali, co nie? Niektórzy mówią że zostali przeze mnie nabici we franki, ale ja to się tym nie przejmuję. Widziały gały co brały.

Wychodzę, żegnając się. Stanisław, z nieodłącznym uśmiechem na ustach, wręcza mi słoik własnoręcznie, jak podkreśla, zrobionego dżemu truskawkowego. – Będzie pan zadowolony! – rzuca wyświechtanym frazesem, który wypowiedział w swoim życiu z milion razy. Będąc już w aucie dostrzegam, że dżem pokryty jest cienką warstwą pleśni. – Nabił i mnie – pomyślałem.

Pana Stanisława na Fixly na szczęście nie znajdziecie. Ale prawdziwych i rzetelnych fachowców: jak najbardziej.

Artykuł powstał we współpracy z Fixly

Tagi:: ,