Prawie połowa Polaków chce znać wysokość zarobków swoich współpracowników

Praca Społeczeństwo dołącz do dyskusji (47) 30.03.2021
Prawie połowa Polaków chce znać wysokość zarobków swoich współpracowników

Paweł Mering

Problemy rynku pracy są różne i dotykają bardzo wielu sfer. Jedno z badań właśnie pokazało, że prawie połowa Polaków źle się czuje z tym, że nie zna zarobków współpracowników.

Problemy rynku pracy

Portal „Money.pl” opisał badania przeprowadzone na zlecenie Wirtualnej Polski. Zgodnie z ich wynikiem aż trzy czwarte z nas chciałoby, by informacje o zarobkach były zawarte w ogłoszeniach o pracę.

Prawie połowa Polaków chciałaby ponadto, by wysokość zarobków była jawna (47% odpowiedziało „raczej tak” albo „zdecydowanie tak”). Ponadto aż 61% respondentów popiera pomysł podawania średnich zarobków na danych stanowiskach.

Wynika to zapewne z tego, że duże dysproporcje w zarobkach na bliźniaczych stanowiskach i przy wykonywaniu podobnej pracy mogą być demotywujące. Ponadto niektórzy – jeżeli dowiedzą się, że zarabiają znacznie mniej od kolegów – mogą wprost poczuć się wykorzystani.

Problemów rodzimego rynku pracy jest jednak więcej.

Pieniądze – temat tabu

Warto cofnąć się do podniesionego w ankiecie problemu niepodawania zarobków w ofertach pracy. Od wielu lat trwają dyskusje co do tego, by prawnie przymusić pracodawców do informowania o wysokości wynagrodzenia.

Dzisiaj wysokość wynagrodzenia, jeżeli już jest podawana, to bardzo często wyrażona jest enigmatycznie. Powszechnie znane są takie określenia, jak „podstawa + premia”, bądź nieracjonalnie formułowane widełki, jak „2500-8000 netto”.

Podobnie sytuacja się ma co do informowania o zarobkach. Pracownicy niechętnie rozmawiają o tym między sobą, zaś wielu pracodawców wprost zakazuje mówienia o wysokości wynagrodzeń.

Wysokość pensji jest ponadto – w ujęciu społecznym – swego rodzaju tematem tabu. W wielu kręgach opowiadanie o swojej wysokiej pensji odbierane jest jako przejaw chwalenia się, zaś jeżeli płaca jest niska, to wręcz żalenia się, bądź stanowi obiekt drwin. Można by rzec, że najlepiej o swoich zarobkach nie mówić, bo i tak będzie to w jakiś sposób nietaktowne.

Oczywiście prawdą jest, że widać pewną normalizację w zakresie dyskusji o zarobkach, natomiast mam wrażenie, że jest to bardzo pozorne. Pieniądze jeszcze przez wiele lat będą tematem tabu.

Umowy cywilnoprawne i samozatrudnienie

Oczywiście byłbym dużym idealistą, gdybym naiwnie pominął problematykę zastępowania umów o pracę umowami cywilnoprawnymi, bądź „wypychaniem” pracowników na samozatrudnienie. Trzeba od razu wyjaśnić, że stosunek pracy – w rozumieniu prawa pracy – nie powstaje jedynie z chwilą podpisania umowy, która w tytule ma „o pracę”, a wynika z pewnego stanu faktycznego. Jeżeli „pracownik” za wynagrodzeniem świadczy pracę określonego rodzaju na rzecz pracodawcy, w miejscu przez niego wskazanym i pod jego kierownictwem, to w istocie mowa jest o umowie o pracę.

Umowa zlecenia bardzo często w praktyce jest umową o pracę, jednakże w zdecydowanej większości przypadków strony wolą pozornie działać w oparciu o stosunek cywilnoprawny, bo to się najczęściej opłaca. Pracodawca-zleceniodawca nie musi przejmować się prawami pracowniczymi, a zleceniobiorca-pracownik najpewniej będzie w stanie zarobić nieco więcej.

Oczywiście nie zawsze świadczenie jakiejś pracy w oparciu o stosunek cywilnoprawny będzie nadużyciem. Jeżeli jest jednak mowa o regularnej, stacjonarnej i nietwórczej pracy na określonym stanowisku „od poniedziałku do piątku” w stałych godzinach, będąc zależnym od pracodawcy, to można mieć w zasadzie pewność, że umowa zlecenia czy o dzieło została zawarta jedynie dla pozoru.

Podobnie kontrowersyjna wydaje się problematyka zachęcania do świadczenia pracy w oparciu o samozatrudnienie. W tym zakresie dyskusja jest jednak dosyć pogłębiona, bo – mimo że pod względem samozatrudnienia jesteśmy ewenementem na płaszczyźnie UE – to trudno uznać, by tego rodzaju działalność była jakkolwiek oczywiście niezgodna z prawem – i ze zdrowym rozsądkiem. O ile oczywiście taka relacja nie jest wymuszona.

Największe problemy rynku pracy: praca prekaryjna?

Prekariat (i praca prekaryjna) to relatywnie nowe pojęcie w doktrynie prawa pracy. Oczywiście sam prekariat, jako określenie z dziedziny nauk społecznych, nie jest niczym nowym, ale zyskuje nieco inne znaczenie w kontekście praw pracowniczych, a raczej ich braku.

Prekariat ściśle wiąże się z brakiem pewności co do przyszłości – także w zakresie zatrudnienia – i dotyka najczęściej pracowników mniej wykształconych, którzy na rynku pracy znajdują się w tej zdecydowanie gorszej pozycji. Z pracą prekaryjną związane jest świadczenie pracy w oparciu o umowy cywilnoprawne, ale – wydaje się – także samozatrudnienie, jeżeli jest niejako wymuszone.

Pracownicy prekaryjni (za K. Cymbranowicz) odnoszą się do różnych sektorów rynku pracy. Można uznać, że to pracownicy, którzy wykonują proste prace w oparciu o umowy cywilnoprawne, zarabiają mało, a stabilność ich zatrudnienia w zasadzie nie istnieje.

Do grupy pracowników prekaryjnych zaliczyć też należy świadczących pracę „na czarno”, w tym imigrantów, ale – co należy podkreślić, by zachować odpowiednią optykę – prekariat stanowi bardzo duża część społeczeństwa – w zasadzie ludzie młodzi i zazwyczaj niewykształceni.

Optykę zaburza fakt, że praca prekaryjna – co do nazewnictwa – stanowi relatywnie nowe określenie, zaś samo zjawisko nie jawi się jako coś nowego. Polski rynek pracy w odniesieniu do wielu sektorów przyjmuje za całkowicie normalne zatrudnianie w oparciu o umowy cywilnoprawne, nie przejmując się zapewnieniem zabezpieczających praw pracowniczych.

Największy problem prawa pracy – jego nieadekwatność?

Polskie prawo pracy wydaje się nie do końca odpowiednio nadążać za zmianami. Sam Kodeks pracy, stanowiący fundament prawnej relacji pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, pochodzi z 1974 roku.

Niedostosowanie k.p. do realiów widać szczególnie dzisiaj, w obliczu epidemii koronawirusa. Praca zdalna stała się u wielu osób podstawową formą świadczenia pracy, czego przepisy prawa pracy w zasadzie w ogóle nie regulują.

Nieadekwatność Kodeksu pracy widać też w obliczu tego, jak często zastępuje się go umowami cywilnoprawnymi. To właśnie omijanie go stanowi najlepszy dowód na to, że brakuje w polskim porządku prawnym relacji pracowniczej mniej formalnej i zobowiązującej niż kodeksowy stosunek pracy.

Problemy rynku pracy wydają się zatem przenikać, tworząc pewien trudny do rozłożenia na czynniki pierwsze splot problemów. W mojej opinii na jego czele znajduje się pewien dysonans pomiędzy wolą ustawodawcy – wyrażoną w przepisach prawa – a oczekiwaniami rynku pracy. Zarówno pracodawców, jak i pracowników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *