Playboy pozwał znany blog, bo ten zalinkował do archiwum zdjęć playmates na imgur.com

Gorące tematy Technologie dołącz do dyskusji (9) 20.01.2018
Playboy pozwał znany blog, bo ten zalinkował do archiwum zdjęć playmates na imgur.com

Udostępnij

Jakub Kralka

Popularny blog Boing Boing, który jest takim „autorskim Wykopem”, gdzie twórcy sami linkują do ciekawych znalezisk z sieci, według Playboya naruszył prawa autorskie linkując do nieoficjalnego archiwum zdjęć Playboya w serwisie imgur.com. 

W kontekście naruszenia prawa autorskiego w drodze linkowania najbardziej pikantne z punktu widzenia prawa w Polsce (i Unii Europejskiej) były lata 2014-2016, kiedy to Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przedstawił kilka bardzo ciekawych orzeczeń w tej sprawie, stopniowo się zresztą uzupełniających i nieco radykalizujących (a w każdym razie rozwiewano pewne wątpliwości interpretacyjne, które pojawiły się po sprawie Svensson).

Spór Boing Boing z Playboyem ma miejsce przed sądem w Kalifornii, w związku z czym należy się na niego zapatrywać wyłącznie przez pryzmat ciekawostki oraz sposobu rozumowania amerykańskich prawników z – oczywiście – sędziami na czele.

Playboy kontra Boing Boing i archiwum zdjęć Playboya w tle

W gronie swoich licznych znalezisk, Boing Boing odkopał też gdzieś amatorskie archiwum ze zdjęciami playmates z archiwalnych numerów magazynu Playboy. Twórcy bloga opisali to znalezisko, a następnie zalinkowali do niego w swoim artykule. Dla przedstawicieli prawnych Playboya takie działanie zostało uznane za naruszenie praw autorskich.

Co zrobiłby w takiej sytuacji polski sąd?

Polski sąd w podobnej sytuacji nie mógłby zbagatelizować orzeczenia TSUE w tzw. „sprawie GS Media BV” (C-160/15), w której – swoją drogą – również w tle przewijał się właśnie m.in. magazyn Playboy. Orzeczenie dopuszczało odpowiedzialność z tytułu naruszenia praw autorskich poprzez linkowanie, jeżeli linkujący miał świadomość bezprawnego charakteru linkowanych treści, przy czym zarobkowy charakter linkowania w znaczącym stopniu uprawdopodobniał istnienie tej wiedzy. Wszak, jeśli ktoś jest profesjonalistą w zakresie prowadzenia stron internetowych, to powinien mieć o prawie autorskim przynajmniej elementarne pojęcie.

Patrząc z perspektywy plagi stron typu Kinomaniak, iitv, SCS, PEB itd., które istniały w dużej mierze w celu linkowaniu do pirackich treści publikowanych w rozmaitych klonach hostingowych serwisów typu RapidShare, była to interpretacja idealna, pozwalająca przypisać odpowiedzialność i „uciąć łeb Hydrze”.

Niestety – w tej interpretacji odnajdują się też wydawcy Onetu, Filmwebu czy Bezprawnika, którzy przecież również prowadzą na swoich stronach działalność zarobkową, a jednocześnie trudno jest nam odpowiadać za zgodność z prawem autorskim wszystkich treści, do których linkujemy – zwłaszcza, że ta treść może się przecież zmieniać. Pozostaje wierzyć w zdrowy rozsądek sądu, więc w wyroku wieńczącym spór Boing Boing z Playboyem przed europejskim (w tym polskim) sądem, gotów jestem wyobrazić sobie oba scenariusze. Przy czym sprawa dla blogerów jest o tyle niekorzystna, że od początku linkowali bezprawnie rozpowszechnione zdjęcia playmates i powinni mieć świadomość, że linkują do nielegalnych treści.

Nie kupuję linii obrony Boing Boing

Przebieg kalifornijskiego sporu relacjonuje TorrentFreak. Moim zdaniem Boing Boing broni się frazesami, które świetnie sprzedałyby się forum dyskusyjnym młodych anarchistów, ale nie przekonują mnie od strony prawnej. Być może strategią Electronic Frontier Foundation jest w tym wypadku zdobycie serc opinii publicznej i wywarcie medialnej presji na kalifornijski sąd. Takie sytuacje się czasem zdarzają. Nadal uważam, że mało znany adwokat, nawet wybitny, nie wymusiłby na polskim Sądzie Najwyższym tego rozstrzygnięcia.

W Boing Boing vs Playboy padł już mój ulubiony argument zwiastujący „koniec sieci taką, jaką ją znamy”. Podano przykład Facebooka i Twittera, gdzie każdego dnia pojawiają się miliony linków. I pomieszano przy okazji pojęcia linkowania generalnie, nawet do treści objętych ochroną prawa autorskiego, z linkowaniem do treści, które mają bezprawny charakter i owe prawa autorskie naruszają. A przecież Playboy nie miał pretensji o linki do Playboy.com (która też zawiera utwory chronione prawem autorskim), tylko o przekierowania do nielegalnej kopii magazynu wrzuconej przez kogoś na serwery imgur.com.

Nieco poważniej brzmią argumenty o tym, że Boing Boing nie narusza tutaj prawa autorskiego bezpośrednio, a tak w ogóle, to sposób relacjonowania znalezisk z sieci na blogu mieści się w granicach dozwolonego użytku. Nie byłbym tego taki pewien.

Blogerzy mają nadzieję, że amerykański sąd zapatruje się na kwestię linkowania inaczej, niż ma to miejsce w przypadku TSUE. Nie jest to zresztą wykluczone, ponieważ problematyka odpowiedzialności za naruszenie prawa w wyniku linkowania od lat stwarza sędziom wiele problemów, również z tego powodu, że trudno jest bardzo indywidualne historie rozpatrywać w oparciu o dość ogólne zasady.