W internecie nie brakuje podejrzanych ogłoszeń. Nowością jest oferta „w 100% autentycznych dyplomów” magistra, licencjata czy inżyniera.

Niezależnie od postrzegania kwestii, czy warto mieć tytuł naukowy, czy lepsze będzie wykształcenie zawodowe po technikum, większość osób chciałaby się pochwalić dyplomem uczelni wyższej w swoim CV. To jednak wymaga uczęszczania na studia i spędzenia przynajmniej kilku dni lub tygodni na przygotowaniu pracy zaliczeniowej. Jest jednak „prostsza” ścieżka – kupno dyplomu. Ceny zaczynają się od kilku tysięcy złotych.

Na serwisie z darmowymi ogłoszeniami pojawił się anons, w którym oferowane są dyplomy ukończenia studiów. Oto fragment, który zapewnia potencjalnych kupujących, że kupiony dokument będzie nie do odróżnienia od zdobytego normalną drogą:

Wykonujemy oryginalne i w 100% autentyczne dyplomy ukończenia studiów wyższych. NIE są to wersje kolekcjonerskie, żadne skany tudzież wydruki komputerowe, lecz fachowo i właściwie przygotowany dokumenty na prawdziwym papierze pochodzącym z introligatorni, w której zaopatruje się niemal każda polska szkoła. Papier z rzeczywistą fakturą i co najważniejsze zawiera wszystko to, co powinien:
– znak wodny
– specjalne włókna zabezpieczające, nie widoczne w świetle dziennym i aktywne w świetle UV
– włókna zabezpieczające widoczne w świetle dziennym
– zabezpieczenia chemiczne zapobiegające próbom usuwania lub przerabiania treści

W dalszej części znajduje się cennik. W wakacyjnej promocji za licencjat zapłacimy 1450 zł, za tytuł magistra – 1850 zł. Do tego dochodzi kwota „w pełni legalnego i rzeczywistego wpisu do ksiąg uczelni wraz z pełną legalizacją”, która jest zależna od popularności wybranej uczelni i wynosi od 1100 do 6500 zł. Całościowo więc, w najdroższej opcji za pakiet licencjat+magister damy nie więcej, niż 10 000 zł. To kwota mniejsza, niż niejedno czesne za pięcioletnie wykształcenie.

W czym tkwi haczyk? Czyżby pracownicy uczelni stali się żądnymi dodatkowego zarobku oszustami, którzy są w stanie wpisać na listę absolwentów przypadkowe osoby z ogłoszenia? Najprawdopodobniej nic takiego nie ma miejsca. Tego typu anonse, podobnie jak strony internetowe z towarami z lombardu, to zwykłe próby wyłudzenia.

Jak zarabiają oszuści? Rzecz jasna przez pobieranie zaliczki. Łącznie jeszcze przed otrzymaniem dokumentów klient miałby zapłacić 50% całej kwoty. Podejrzewamy, że po przelaniu pieniędzy kontakt z firmą urwie się lub też „działalność” zostanie zamknięta, co może być usprawiedliwione np. wykryciem przez organy ścigania.

Ogłoszenie mają uwierzytelniać zdjęcia dyplomów – zdawałoby się przygotowanych przez firmę. Oczywiście, tego typu grafiki można bez problemu odnaleźć, pobrać i wstawić na stronę po wpisaniu odpowiedniej frazy w wyszukiwarkę Google. Jak widać w powyższym odnośniku, zeskanowanych dokumentów jest w sieci na pęczki.

Osobną kwestią jest fakt, że gdyby rzeczywiście dyplomy były drukowane, to do poważnej odpowiedzialności karnej może zostać pociągnięty zarówno ten kto je preparuje, jak i nabywca. Mówi o tym m.in. kodeks karny:

Art. 270. § 1. Kto, w celu użycia za autentyczny, podrabia lub przerabia dokument lub takiego dokumentu jako autentycznego używa, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Potrzebujesz pomocy? Zadaj pytanie...

Pomoc prawna w najtrudniejszej sytuacji już od 49 złotych!

Pamiętajmy – nieważne, czy trafiamy na sprzedawcę, który handluje podrobionymi dokumentami, czy też na Facebookowej stronie trafimy na „mega okazję na nowego iPhone’a” – nigdy nie ufajmy osobom, które w takich niepewnych sytuacjach proszą o wpłatę zaliczki. To prawie zawsze próba wyłudzenia. Dodatkowo, w przypadkach takich jak ten możemy być ukarani za samą intencję zakupu podrobionego dyplomu.

Problemy z prawem, potrzebujesz pomocy? Z redakcją Bezprawnik.pl współpracuje zespół prawników specjalizujących się w poszczególnych dziedzinach, który solidnie, szybko i tanio pomoże rozwiązać Twój problem. Opisz go pod adresem e-mailowym kontakt@bezprawnik.pl, a otrzymasz bezpłatną wycenę rozwiązania sprawy.

Fot. tytułowa: shutterstock.com