1. Bezprawnik -
  2. Państwo -
  3. Twoja studnia, ale nie twoja woda. Państwo bezlitośnie ściąga kary z gospodarstw

Twoja studnia, ale nie twoja woda. Państwo bezlitośnie ściąga kary z gospodarstw

Kolejny rok upływa nam pod znakiem suszy. Po raz kolejny rolnicy borykają się z karami za nadmierne czerpanie ze studni bez pozwolenia wodnoprawnego. Nie rozumieją, dlaczego muszą płacić za własną wodę. Problem w tym, że to nie jest ich woda.

Susza zaskakuje rolników tak, jak zima zaskakuje drogowców

Susza w Polsce po raz kolejny uderza w krajowe rolnictwo. Scenariusz ten powtarza się od wielu lat. Nie ma się co dziwić, że rolnicy za każdym razem starają się na wszelkie możliwe sposoby ratować swoje uprawy. Dość oczywistym rozwiązaniem wydaje się ich nawadnianie.

Skąd wziąć wodę? Odpowiedź również jest oczywista: ze studni. W tym momencie pojawia się jednak problem. Wiemy już, że nie wolno czerpać z niej bez ograniczeń. Nie ma przy tym znaczenia, że studnia znajduje się na naszej działce. Przekroczenie limitu poboru wody naraża nas na karę administracyjną — pisaliśmy już, że na właściciela może spaść nawet 100 tys. zł kary za czerpanie wody ze studni, bo woda należy do Skarbu Państwa.

Limit 5 m³ na dobę — ile to naprawdę wody?

Wysokość tegoż limitu pozostaje niezmienna. Wynosi on 5 metrów sześciennych na dobę. W przeliczeniu oznacza to 5000 litrów dziennie. Dobra wiadomość jest taka, że 5 m³ liczymy średniorocznie. Nie ma się jednak co oszukiwać: wystarczy na podlanie ogródka, ale zarazem to stanowczo zbyt mało, by móc efektywnie nawadniać uprawy.

Przekroczenie niskiego limitu poboru wody wymaga od rolników uzyskania pozwolenia wodnoprawnego

Jeżeli zamierzamy przekroczyć limit poboru wody ze studni, musimy uzyskać pozwolenie wodnoprawne. Obowiązek ten wynika z art. 34 ustawy Prawo wodne.

„Korzystanie z wód do nawadniania gruntów lub upraw, a także na potrzeby działalności rolniczej w rozumieniu art. 2 ust. 2 ustawy z dnia 15 listopada 1984 r. o podatku rolnym, w ilości większej niż średniorocznie 5 m³ na dobę” stanowi „szczególne korzystanie z wód”, które z kolei wymaga pozwolenia.

W zeszłym roku opisywałem proces jego wyrabiania jako drogę przez mękę z perspektywy rolnika indywidualnego. Procedura jest długa i wymaga skompletowania całego mnóstwa dokumentów. Zanim cokolwiek uda nam się załatwić, nasze uprawy zdążą wyschnąć na wiór. Pod warunkiem oczywiście, że nie należymy do zapobiegliwych rolników, którzy wystąpili o takie pozwolenie z dużym wyprzedzeniem.

Kary za ignorowanie przepisów są drakońskie i idą nawet w setki tysięcy złotych

Nieznajomość prawa nie zwalnia z obowiązku jego stosowania oraz z przykrych konsekwencji jego ignorowania. To samo dotyczy udawania, że nie wie się o istnieniu limitu.

Jakby tego było mało, okres suszy to moment, gdy rolników odwiedzają kontrolerzy z Wód Polskich. Co jakiś czas możemy usłyszeć o rekordowych karach. Nie jest to już 100 tys. zł, ale aż 766 tys. zł.

Nie tylko rolnicy — działkowcy też ryzykują grzywnę

Co ciekawe, problem dotyka nie tylko właścicieli pól. Także w przypadku użytkowania ręcznego ujęcia wody — popularnej wśród działkowców tzw. abisynki — w grę wchodzą grzywny, a w skrajnych przypadkach nawet areszt. Nawet przekroczenie warunków wydanego już pozwolenia wodnoprawnego wiąże się z konsekwencjami karnymi. Zgodnie z art. 476 prawa wodnego, grozi za to wykroczenie kara aresztu, ograniczenia wolności albo grzywna w wysokości od 1000 zł do 7500 zł.

Zakazy lokalne dorzucają swoje

Do tego dochodzą jeszcze przepisy gminne. W okresach największych upałów samorządy potrafią zakazać podlewania trawników czy ogrodów. Kara grzywny za podlewanie ogródka to żadna abstrakcja — sankcję dostanie każdy, kto zignoruje obowiązujące w jego miejscowości zarządzenie wójta czy burmistrza.

Sytuacja hydrologiczna Polski od lat jest zła. Kryzys już mamy, a będzie tylko gorzej

Nie dziwię się rolnikom, że obecny reżim prawny ich irytuje. Każdego roku możemy się w internecie natknąć na komentarze osób oburzonych całą sytuacją. Oliwy do ognia rzecz jasna dodają politycy i politykierzy piszący gniewne posty o „absurdalnych przepisach, które uniemożliwiają pojenie własnych zwierząt”.

Sprawa ma jednak drugie dno. Zasoby wodne Polski są niestety jednymi z najniższych w Europie. Kolejne rządy od dawna kombinują na wszystkie sposoby, jak by tu poprawić krajową retencję. W grę wchodzą zarówno różnego rodzaju dopłaty i dotacje, jak i nieśmiałe próby wykorzystania mechanizmów podatkowych.

„Podatek od deszczu” — pomysł niepopularny, ale logiczny

Z pewnością każdy z nas zdążył usłyszeć o podatku od deszczu. Tak naprawdę opłata retencyjna jest dosłownie „podatkiem od betonozy”, który skądinąd jest aż nazbyt łagodny wobec miejskiej zabudowy przemysłowej i handlowej, która pogarsza lokalną retencję.

Czas traktować suszę jako element stały, do którego nasze rolnictwo musi się dostosować

W przypadku rolnictwa trudno mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu. Susze nawiedzają Polskę co roku od co najmniej 15 lat. Jako ostatni względnie normalny rok wskazuje się najczęściej 2010 r.

Limit poboru wody służy zachowaniu i tak ubogich zasobów, a nie uprzykrzaniu życia rolnikom albo „wdrażaniu zielonych wizji z Brukseli”. Jeżeli nie będziemy korzystać z wody z rozwagą, to za jakiś czas najzwyczajniej w świecie będziemy mogli zapomnieć o uprawach w dzisiejszym kształcie.

Państwo dopłaca, ale wszystko trwa wieki

Być może już teraz sami rolnicy powinni pomyśleć o zorganizowaniu swojej działalności w sposób uwzględniający sytuację hydrologiczną kraju. Sprawę do pewnego stopnia ułatwia państwo, które oferuje dofinansowanie tworzenia małej retencji rolniczej. Jak to jednak zwykle w takich przypadkach bywa, przepisy są zbyt skomplikowane, a procedura przyznawania dotacji zbyt długa. Pokazuje to dobitnie fakt, że nawet usunięcie niepotrzebnej studni wymaga przejścia przez gęstwinę urzędowych formalności — co dopiero gdy rolnik chce zbudować nowe ujęcie albo zbiornik retencyjny.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi