Jose Mourinho to pierwszy tak medialny przypadek pracodawcy, który nie radzi sobie z millenialsami na rynku pracy

Gorące tematy Praca Społeczeństwo dołącz do dyskusji (78) 02.10.2018
Jose Mourinho to pierwszy tak medialny przypadek pracodawcy, który nie radzi sobie z millenialsami na rynku pracy

Udostępnij

Jakub Kralka

Jose Mourinho, tak sądzę, najlepsze lata kariery trenerskiej ma już ze sobą. Moim zdaniem ten świetny taktyk miał swój największy atut jednak ulokowany w mowach motywacyjnych, umiejętności dotarcia do piłkarzy. Świat się jednak zmienił.

O ile sukcesy Atletico Madryt i Juventusu pokazują w ostatnich latach, że Mourinho raczej jeszcze nie do końca kroczy drogą Beniteza, że świat piłki pod względem taktycznym wcale mu aż tak nie uciekł, to jednak po raz pierwszy Portugalczykowi przyszło trenować drużynę w większości składającą się z tzw. millenialsów.

Millenialsi to pojęcie nieostre. Ja raczej lubię się nim posługiwać definicyjnie, a nie metrykalnie, ponieważ możemy trafić na millenialsa urodzonego w 1995 roku i nie-millenialsa z 1996. Nie zmienia to jednak faktu, że osoby, które zaczęły się rodzić w ostatniej dekadzie XX wieku mają trochę inny system wartości, trochę inaczej ulokowane priorytety.

Dostrzegam to ja. Rocznik 1988, ale mentalnie zdecydowanie nie-millenials. Na ogół 15-18 godzin w pracy, zwykle w weekendy, na tzw. „urlopie”, jeśli już mój „work-life balance” mnie do urlopu zmusi, to laptop w plecaku podróżnym i wspinaczka na Giewont z nosem w aplikacji mailowej. Do pierwszej kancelarii biegałem za darmo dumny i szczęśliwy, że od prawdziwych adwokatów się czegoś nauczę. Pierwsza praca w internecie? Zaoferowali mi 400 zł netto za 310 newsów o grach w miesiącu. Jestem patologicznym przypadkiem, ale z pokolenia, które myśli w podobny sposób: że rodzimy się nikim, że nic nie umiemy, że dopiero łączymy kropki, nabywamy wiedzę i doświadczenie, ale swoje trzeba odsiedzieć, a na samym końcu będziemy mogli się cenić.

Dostrzegają to inni. Nawet lewicujące media, które przecież najchętniej zmusiłyby potomków Jana Kulczyka do wykładania kasy, by cały naród mógł sobie pojechać na całoroczne wakacje (jeśli upraszczam ich sposób myślenia, to tylko nieznacznie). Millenialsów najpierw interesuje za ile i dlaczego tak tanio, ile będą musieli się napracować i dlaczego tak długo… I jak już to wszystko sobie ustalą to w ogóle pytają o zakres obowiązków, do samego końca nie zadając sobie pytania czy w ogóle nadają się do tej pracy. Nie myślą o przyszłości, żyją od pierwszego do pierwszego, nie inwestują, nie oszczędzają i to nie tylko z powodu niskich zarobków, ale taki jest po prostu ich punkt patrzenia na świat. Millenialsi żyją w fikcyjnym świecie znanym z Instagrama, roszcząc sobie niewspółmierny status otaczającej ich rzeczywistości i podziwiają Taco Hemingwaya, który – jak sam głosi – w zasadzie brzydzi się pieniędzmi. Generalnie słuchając rapera bardzo trudno jest zrozumieć o co mu w życiu chodzi i że strasznie się w tym swoim życiu męczy.

Oczywiście to, że millenialsi są inni, nie znaczy w żadnym wypadku, że są gorsi. Szczerze mówiąc nie widziałem jeszcze millenialsa, który zachwycałby się głębią i przekazem płynącym z teledysków Roberta Gryna, za to ludzie mojego pokolenia lubią zakochiwać się w różnej maści coachach, Grzesiakach i innych pogadankach z gatunku „wszystko jest możliwe”. Nie, nie jest. Ale millenialsi często już na starcie lubią oddawać walkowera.

Mourinho też nie dogaduje się z millenialsami

Mourinho to najwybitniejszy trener pierwszej dekady XXI wieku, pojawił się znikąd i zdobył europejski futbol szturmem. Po Puchar Mistrzów pomógł sięgnąć m.in. takim piłkarzom jak Javier Zanetti, Esteban Cambiasso czy Dejan Stanković, którzy bez Portugalczyka pewnie nadal czekaliby na ukoronowanie kariery.

Mam poważne podejrzenie, że w drugiej dekadzie XXI wieku Mourinho nie łapie się nawet do dziesiątki trenerskiego topu. Coraz głupsze wymówki na konferencjach prasowych, konflikty z własnymi piłkarzami. Marco Materazzi był gotowy wskoczyć w ogień za swoim trenerem, piłkarze Manchesteru United najchętniej do tego ognia sami by szkoleniowca wrzucili.

Długo zastanawiałem się co stoi u podstaw problemów trenera i moim zdaniem wynika to z opisanej w pierwszej części artykułu różnicy pokoleniowej. Mourinho jest człowiekiem specyficznym. Jeśli dasz mu 11 najlepszych piłkarzy świata na swojej pozycji, najpewniej mu zaszkodzisz. On musi mieć takich piłkarzy, jakich on chce, którzy pokornie będą wykonywali jego wizję – nawet jeśli nie są najwyższych lotów wirtuozami. Jeżeli wybitny piłkarz chce być żołnierzem Mourinho, musi wyzbyć się części swojej osobowości. Jedyną osobowością w drużynie musi być Mourinho, w przeciwnym wypadku pojawiają się kłopoty. Nie bez znaczenia był fakt, że przez cały swój pobyt w Interze nie złapał kontaktu praktycznie tylko jednym z zawodnikiem – Mario Balotellim (ur. 1990).

Mario Balotelli był może zresztą patologicznym, ale jednak zwiastunem pokolenia, które nie jest już skłonne grać z zerwanymi więzadłami kolanowymi ze względu na rangę ligowego meczu z włoską wioską rybacką (tak zrobił kiedyś Gennaro Gattuso), ale wymaga warunków i uwagi, ma swoje priorytety, a piłka nie zawsze jest na pierwszym miejscu. Ta swoista neymaryzacja gatunku piłkarskiego, arycygigantyczne pieniądze niesione przez kluby i sponsorów, ogromna pozycja zbudowana w mediach społecznościowych sprawia, że dziś piłkarska szatnia zbudowana z millenialsów (a tych przybywa, stąd z roku na rok Mourinho jakby staczał się coraz bardziej) jest szatnią złożoną z samych osobowości. A Mourinho nie jest dostatecznie silny, by ich sobie podporządkować, zaś w warunkach przyjaźni, mentorstwa czy kompromisu pracować nie umie.

Szkoda Mourinho i szkoda tych piłkarzy, bo tracą swoją życiową szansę na pisanie historii tego sportu. Podobno socjologowie przebąkują coś o pokoleniu Z, które jest kompletnym przeciwieństwiem millenialsów, a może nawet mógłby się do niego załapać już Kylian Mbappe. Jeśli to prawda, to jest dla Mourinho jeszcze nadzieja.