1. Bezprawnik -
  2. Edukacja -
  3. Czerwiec w polskiej szkole to nie wakacje, tylko giełda. Uczniowie liczą każdy punkt jak maklerzy

Czerwiec w polskiej szkole to nie wakacje, tylko giełda. Uczniowie liczą każdy punkt jak maklerzy

Końcówka roku szkolnego – a precyzyjniej czerwcowy koniec zajęć dydaktyczno-wychowawczych 26 czerwca – ma swój niepowtarzalny klimat. Jedni odliczają dni do wakacji, inni do ostatniej możliwej poprawy sprawdzianu. W szkolnych korytarzach zaczyna się sezon na matematyczne kalkulacje godne biur maklerskich: „Jeśli dostanę piątkę z kartkówki i szóstkę za projekt, to średnia wskoczy na 5,1?”. Każdy punkt urasta do rangi walki o mistrzostwo świata, a zwykła piątka przestaje wystarczać, bo przecież szóstka ładniej wygląda na świadectwie.

Ósmoklasiści walczą o każdy punkt do liceum

Największe emocje towarzyszą oczywiście uczniom klas ósmych. Dla nich czerwiec nie jest już tylko miesiącem wycieczek i luzowania tempa, ale finiszem edukacyjnego maratonu. Wtedy zaczyna się wyścig o miejsca w renomowanych liceach i technikach. Oceny z języka polskiego, matematyki czy języka angielskiego stają się walutą, za którą można kupić lepszy start. Stawka jest tym większa, że nawet egzamin ósmoklasisty bywa źródłem nieprzewidzianych problemów, gdy system ministerstwa pomyli szablony i źle policzy punkty.

W maju w szkołach rozpoczynają się pielgrzymki po lepszą ocenę

Nauczyciele dobrze znają ten scenariusz. Już w maju zaczynają się „pielgrzymki” uczniów i rodziców. Jedni proszą o dodatkowe zadanie, inni o jeszcze jedną szansę, a jeszcze inni próbują przekonać wychowawcę, że „do szóstki zabrakło przecież tylko jednego plusa”. Szkoły zamieniają się momentami w centra negocjacyjne. Stawką jest czerwony pasek i kilka dodatkowych punktów w rekrutacji.

Uczniowie doskonale wiedzą, które przedmioty mają największe znaczenie podczas naboru do szkoły ponadpodstawowej i to na nich koncentrują energię. Historia czy plastyka schodzą na dalszy plan – liczą się matematyka, polski i angielski. System nauczył młodzież strategicznego myślenia o ocenach. Nie dość, że szkoła nie uczy życia, to nie uczy nawet poszanowania prawa.

Pułapka oceniania i wypalenie nauczycieli

Przez to szkoła przestaje być miejscem zdobywania wiedzy, a staje się areną zdobywania punktów. Uczniowie uczą się „pod ocenę”, rodzice śledzą średnie w dziennikach elektronicznych z dokładnością większą niż kurs euro, a nauczyciele wpadają w pułapkę ciągłego sprawdzania, oceniania i klasyfikowania. Mało kto zastanawia się jednak, ile pracują nauczyciele poza godzinami lekcji – sprawdzanie testów, wpisywanie ocen cząstkowych i wypełnianie dokumentacji to obowiązki, za które nikt im nie płaci. Oceny zachowania w szkole wciąż budzą wiele kontrowersji – bywa, że nawet stuprocentowa frekwencja zamiast pomóc, potrafi zaszkodzić.

Piątka już nie cieszy. Liczy się czerwony pasek

Kilkanaście lat temu piątka była powodem do dumy. Teraz dla części uczniów stała się zaledwie „dobrym wynikiem wyjściowym”. Presja rośnie z roku na rok, bo świadectwo z wyróżnieniem przy średniej minimum 4,75 i co najmniej bardzo dobrej ocenie zachowania to oprócz prestiżu konkretne korzyści podczas rekrutacji.

Polska szkoła wyjątkowo mocno przywiązała się do cyferek. Tymczasem przepisy wcale nie wymagają oceniania na bieżąco wyłącznie stopniami. Prawo oświatowe mówi przede wszystkim o informowaniu ucznia o postępach i motywowaniu go do dalszej pracy. Teoretycznie można byłoby stosować szeroką ocenę opisową zamiast tradycyjnych cyfr. Tylko że szkoły zmian nie lubią i kurczowo trzymają się wariantu znanego od dekad. Mimo że świat się zmienił. Uczciwi uczniowie zaczynają przegrywać, a „cwani" z ChatemGPT w kieszeni dostają lepsze oceny ze sprawdzianów mniejszym wysiłkiem.

Dziecko to nie średnia ważona

Pedagodzy i psychologowie alarmują, że „ocenoza” odbija się na psychice uczniów. Rosnąca liczba dzieci z problemami lękowymi, przemęczeniem czy wypaleniem nie bierze się znikąd. Kiedy jeden kiepski wynik sprawdzianu urasta do rangi katastrofy, trudno mówić o zdrowym podejściu do nauki.

Najmłodsze dzieci wcale nie potrzebują ocen, by chcieć się uczyć. W pierwszych klasach szkoły podstawowej naturalna ciekawość świata działa lepiej niż jakakolwiek szóstka wpisana czerwonym długopisem. Problem pojawia się później, gdy uczeń zaczyna wierzyć, że jest wart tyle, ile pokazuje średnia w e-dzienniku.

Reformy edukacji i ranking szkół

Nie bez znaczenia pozostają także reformy edukacji i system egzaminów zewnętrznych. To właśnie one sprawiły, że oceny zaczęły decydować o przyszłości bardziej. Przez to szkoły zaczęły rywalizować wynikami, rodzice rankingami, a uczniowie – punktami. MEN chce reformy polskiej szkoły, ale czy to się uda?

Pewnie można uczyć bez cyferek, ale szkoła nie jest chętna, by to sprawdzić

Coraz więcej nauczycieli przekonuje, że uczeń naprawdę może pracować nie dla stopnia, lecz z ciekawości i poczucia odpowiedzialności za własny rozwój. Niestety cały system nadal premiuje cyfry, rankingi i procenty. Dopóki świadectwo będzie przepustką do „lepszego” liceum, dopóty rodzice i uczniowie będą walczyć o każdą ocenę. Tymczasem oceny w szkole stawiane przez nauczycieli coraz częściej są kwestionowane przez rodziców, którzy nie chcą się pogodzić nawet z zasłużoną jedynką.

Ocena jako wartość człowieka – gdzie leży granica?

Dyskusja o ocenach od lat dzieli rodziców, nauczycieli i ekspertów. Jedni twierdzą, że bez stopni dzieci przestaną się uczyć. Inni przekonują, że obecny model zabija kreatywność i zamienia edukację w wyścig szczurów zaczynający się już w podstawówce. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku. Ocena sama w sobie nie jest problemem. Problemem staje się moment, w którym zaczyna ona definiować wartość człowieka. A przecież świadectwo to tylko kartka, nie instrukcja obsługi życia.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi