1. Home -
  2. Zakupy -
  3. Promocje w Biedronce tworzą nowy zawód. Łowcy okazji zarabiają nawet kilkaset złotych dziennie

Promocje w Biedronce tworzą nowy zawód. Łowcy okazji zarabiają nawet kilkaset złotych dziennie

Promocje w Biedronce czy sklepach sieci Rossmann już dawno przestały być tylko zwykłą zachętą do zakupów. Dla części internautów stały się osobnym mikrorynkiem, na którym okazje nie tylko się wyszukuje, ale też odsprzedaje innym wraz z usługą „ogarnięcia tematu". I właśnie dlatego wokół wyprzedaży zaczęły wyrastać całe zakupowe społeczności.

Joanna Świba15.04.2026 7:12
Zakupy

Cykliczne wyprzedaże w sieciach handlowych jako stały element polskiego handlu

To już właściwie osobny rytuał polskiego handlu. Jednego dnia są klasyczne promocje typu 2+1 gratis, innego dnia nagle okazuje się, że da się kupić markowe produkty za ułamek regularnej ceny. I nie są to wcale pojedyncze przypadki. W marcu Biedronka prowadziła promocję 5+5 gratis na wybrane słodycze Kinder, a w styczniu media opisywały także akcje 2+2 gratis czy 3+3 gratis, przez które pojedyncze produkty schodziły do poziomu kilku złotych za sztukę, gdy zwykle potrafią kosztować znacznie więcej.

Równolegle w sieci krążyły informacje o wyprzedażach zabawek w Biedronce oraz o przecenach kosmetyków różnych marek w Rossmannie — nawet do 4,99 zł, podczas gdy regularne ceny części tych produktów sięgają około 60–80 zł (tak, to faktycznie się działo, sama skorzystałam i zabrałam na dowód paragon, bo inaczej trudno byłoby w to uwierzyć). Takie promocje zwykle wiążą się z wyprzedażą asortymentu w momencie, gdy zmienia się szata graficzna opakowań albo dany produkt zupełnie znika z oferty. Warto przy tym pamiętać, że niedawno popularne sklepy internetowe ukarane za niekończące się promocje cenowe pokazały, iż nie każda „okazja" jest tym, czym się wydaje — ale w przypadku Biedronki i Rossmanna mamy do czynienia z rzeczywistymi przecenami likwidacyjnymi. Sklep chce się pozbyć zalegającego towaru, a klienci mogą nabyć go w naprawdę niskich cenach.

Problem polega jednak na tym, że takie okazje nie trafiają do wszystkich. Nie każdy produkt jest w każdej placówce, nie każda wyprzedaż obejmuje cały kraj, a najbardziej atrakcyjne sztuki znikają zazwyczaj wtedy, gdy większość ludzi jest po prostu w pracy. Kto nie zdąży przed etatem, ten po południu bardzo często może już co najwyżej obejrzeć pustą półkę i przeczytać w internecie, że „u mnie rano jeszcze były". I właśnie w tej luce część osób dostrzegła dla siebie całkiem konkretną niszę.

Grupy łowców okazji w mediach społecznościowych

To nie jest już pojedyncze wrzucanie zdjęć z przeceną. W mediach społecznościowych działają całe grupy poświęcone promocjom i wyprzedażom, w których użytkownicy wzajemnie informują się o okazjach, pytają o dostępność produktów, proszą o vouchery, zamawiają zakupy i publikują posty sprzedażowe. Dotyczą różnych sieci, ale szczególnie aktywne są społeczności skupione wokół Biedronki i Rossmanna. W publicznie widocznych grupach widać zarówno same ogłoszenia o promocjach, jak i osobne wątki oznaczane hasłami typu „zakupy dla grupy", „szukam", „odkupię" czy „voucher".

Skala tego zjawiska jest trudna do przeoczenia nawet przy pobieżnym przeglądzie. W takich społecznościach praktycznie cały czas pojawiają się nowe wpisy: jedni wrzucają zdjęcia przecenionych produktów, inni pytają, czy ktoś był już rano w sklepie, jeszcze inni wystawiają towar „z dzisiejszej promocji" albo szukają kogoś, kto odkupi produkty wykupione wcześniej na wyprzedaży. To nie jest zwykła wymiana informacji między znajomymi, tylko bardzo sprawnie działający obieg okazji, voucherów i zakupów robionych niejako na zlecenie, w dodatku dających szansę na dodatkowy zarobek.

Jak działa zakupowe pośrednictwo na wyprzedażach?

Mechanizm takich grup jest zaskakująco prosty. Ktoś znajduje ciekawą przecenę, wrzuca zdjęcie na grupę i od razu pojawiają się chętni. Czasem zamówienia są zbierane wcześniej, jeszcze zanim dana osoba wejdzie do sklepu. Innym razem ktoś kupuje wszystko, co uda się znaleźć, a dopiero potem publikuje post z informacją, że ma dany towar „na odsprzedaż".

Przy takich ogłoszeniach bardzo często pojawia się podobny model rozliczenia: cena produktu z paragonu, do tego 10 zł „za fatygę" albo „za pakowanie" i jeszcze kod odbioru lub koszt wysyłki. W publicznie widocznych wpisach da się bez trudu znaleźć formuły w rodzaju „blik +10 zł za fatygę + kod nadania", „doliczam 10 zł za pakowanie" czy „zakupy dla grupy Biedronka -50%, blik + 10 + kod nadania". Oczywiście część sprzedających, chcąc się uwiarygodnić (niestety, zdarzają się w tym zakresie oszustwa na Vinted i podobnych platformach), oferuje sprzedaż przez Allegro czy Vinted — nie jest to jednak regułą. Regułą jest za to atrakcyjna cena.

I właśnie to sprawia, że dla wielu kupujących taki układ i tak bywa atrakcyjny. Jeżeli ktoś dzięki temu dostaje kosmetyk kupiony za 4,99 zł albo zabawkę przecenioną o połowę, to nawet po doliczeniu 10 zł nadal płaci dużo mniej niż w regularnej sprzedaży. Z jego perspektywy to wygoda i oszczędność. Z perspektywy osoby, która objechała rano kilka sklepów, to z kolei forma drobnego zarobku za czas, paliwo, szukanie towaru, pakowanie i organizację wysyłki. Ten model funkcjonuje trochę na styku pomocy sąsiedzkiej, polowania na okazje i bardzo drobnego handlu — choć wszyscy zainteresowani doskonale wiedzą, że słowo „pomoc" zaczyna się tu kończyć dokładnie w momencie dopisania kolejnych 10 zł.

Ile można zarobić na odsprzedaży przecenionych produktów?

Nie ma co się oszukiwać: w wielu przypadkach mówimy tu po prostu o kupowaniu na handel. Określenia typu „za fatygę" czy „za pakowanie" brzmią niewinnie, ale ekonomicznie pełnią dokładnie tę samą funkcję co narzut. To, że ktoś nie napisze wprost „moja marża wynosi 10 zł", nie zmienia jeszcze istoty całej operacji. Zwłaszcza że przy niektórych promocjach skala potrafi być już całkiem konkretna.

W grupach bez trudu da się znaleźć ogłoszenia, w których ktoś pisze, że ma w domu kilka sztuk, a resztę może jeszcze dokupić, bo w sklepie zostały dziesiątki produktów. W jednym z widocznych wpisów pojawia się wręcz informacja o 44 sztukach słodyczy czy 30 podkładach znanej marki kosmetycznej dostępnych do dokupienia, w innym ktoś sprzedaje większą partię produktów z dopłatą „za pakowanie". Warto wiedzieć, że sprzedawanie w sieci jako osoba prywatna rządzi się nieco innymi zasadami niż handel profesjonalny — ale granica bywa tu naprawdę cienka.

Prosta matematyka zakupowego pośrednika

I tu dochodzimy do matematyki, która dla wielu osób okazuje się bardziej kusząca, niż mogłoby się wydawać. Jeżeli przy jednym „złotym strzale" uda się kupić 30 albo 40 przecenionych produktów, a do każdego doliczyć 10 zł, robi się z tego 300–400 zł przy jednym większym wypadzie zakupowym. Oczywiście trzeba jeszcze poświęcić czas na szukanie towaru, stanie przy kasie, odpisywanie ludziom, pakowanie i wysyłkę. To nie są pieniądze za nic (chociaż pojawiają się takie głosy — cóż, osoby, które nie załapały się na okazję, potrafią dosłownie pluć w komentarzach jadem). Internet jednak najwyraźniej uznał, że taki model dla wielu osób zwyczajnie się opłaca. Może nie jako idealne źródło utrzymania, ale na pewno jako sposób na dorobienie do domowego budżetu — przy zakupie kilkudziesięciu produktów zarobek to kilkaset złotych (oczywiście wiąże się to z poświęceniem czasu, jednak w przypadku braku alternatywy czy chęci podreperowania budżetu to naprawdę kuszące rozwiązanie).

Przy regularnej sprzedaży warto mieć jednak na uwadze, że skarbówka dostanie informacje o handlujących w internecie — platformy sprzedażowe przekazują dane o aktywnych sprzedawcach do organów podatkowych, co może mieć znaczenie przy częstych transakcjach. Podobnie istotna jest kwestia tego, kiedy prywatna sprzedaż w sieci a podatki i działalność gospodarcza zaczynają się ze sobą splatać — bo granica między okazjonalną odsprzedażą a faktycznym prowadzeniem biznesu bywa naprawdę płynna.

Emocje wokół zakupowych pośredników — od wdzięczności po nienawiść

Ta praktyka budzi naprawdę ogromne emocje. Pod postami sprzedażowymi potrafią pojawić się dziesiątki, a w skrajnych przypadkach nawet setki reakcji i komentarzy — i te są bardzo zróżnicowane. Jedni są wdzięczni, bo dzięki takim zakupowym pośrednikom mogą zdobyć produkt, do którego sami nie mieliby dostępu (przynajmniej w tej cenie, więc finalnie i tak oszczędzają). Inni uważają, że to zwyczajnie nieuczciwe, bo jedna osoba wykupuje cały poranny zapas i jeszcze na nim zarabia.

I chyba właśnie dlatego to zjawisko tak mocno przyciąga uwagę. Nie chodzi już tylko o same promocje w Biedronce, ale o coś znacznie ciekawszego: o internetową mikroekonomię budowaną na wyprzedażach, pośpiechu i bardzo polskiej potrzebie, żeby jednak „wyrwać coś taniej".

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi