Zamach jaki miał miejsce tuż przed świętami bożonarodzeniowymi w Berlinie wstrząsnął całą Europą. Tunezyjczyk Anis Amri uprowadził ciężarówkę, zabił kierowcę i rozpędzony wjechał w tłum ludzi spacerujących po świątecznym jarmarku zabijając 12 z nich i raniąc kilkudziesięciu więcej. Sprawcę kilka dni później zastrzeliła włoska policja pod Mediolanem. 

Jak się szybko okazało, sprawa miała swój polski wątek. Zamachowiec porwał TIR-a prowadzonego przez polskiego kierowcę, który pracował w firmie swojego kuzyna. Ariel Żurawski – przedsiębiorca, do którego należał pojazd, który stał się narzędziem tej zbrodni został pozostawiony sam sobie. Nie trzeba było dużo czasu, aby wyszło na jaw, że współpraca z MSZ i ambasadą nie układała się najlepiej – opisywaliśmy to już na łamach Bezprawnika.

Czytaj teżW obliczu berlińskiej tragedii, państwo polskie nie zdało egzaminu. Znowu

Poza niewątpliwą, osobistą tragedią jaką przeżywa przedsiębiorca cała ta sprawa odbija się na nim również finansowo. Od ataku minęło już kilka miesięcy a spedytor wciąż liczy straty. Właśnie dlatego, jak donoszą media zza Odry, pan Ariel zamierza wystąpić na drogę sądową przeciwko rządowi Niemiec o zapłatę odszkodowania.

Szkody można liczyć w setkach tysięcy złotych

Od zamachu trwa w kraju śledztwo, czego skutkiem jest to, że samochód firmy znajduje się obecnie na policyjnym parkingu, na który przedsiębiorca nie ma wstępu. Zwrot samochodu zaplanowano na 13 kwietnia. Warto zauważyć, że bezpośrednio przed zamachem ciężarówka wiozła towar, który z wiadomych przyczyn nie trafił do odbiorców. Transportowano 25 ton metalowych elementów, które zostawione na postoju pod chmurką najzwyczajniej  w świecie zardzewiały. Na skutek tego spedytorowi grożą kary umowne za niedostarczenie towaru.

Kolejnym problemem jest ubezpieczenie, a raczej jego brak. Jak się okazuje, umowa z ubezpieczycielem nie obejmuje strat powstałych w wyniku zamachu terrorystycznego. Z dużym prawdopodobieństwem  przedsiębiorca będzie musiał pokryć szkody z własnej kieszeni. Na koniec zostaje jeszcze kwestia leasingu. Samochód był nowy, jego wartość jest ogromna, a więc i miesięczna rata leasingu wysoka. Sam przedsiębiorca przyznaje, że leasingodawca zawiesił mu spłatę na trzy miesiące lecz do zapłaty pozostaje jeszcze około 27 rat po 10 tysięcy złotych. Te kwoty również musi pokryć z zysku wypracowanego przez pozostałe pojazdy z jego floty.

W obliczu tych ogromnych strat jakie poniósł właściciel firmy przewozowej decyzja o wystąpieniu na drogę sądową nie wydaje się  pomysłem pozbawionym sensu. Na skutek nieszczęśliwych wypadków, które w żaden sposób nie są przez niego zawinione, może ponieść nadzwyczaj wysokie konsekwencje finansowe.