Ciekawi dalszych kulisów polskich przetargów? Dzisiaj kolejna smutno-komiczna historia przetargowa. 

Oczywiście wolałbym nie rzucać konkretnymi nazwami, nazwiskami i markami. Jeśli nie chcecie, wierzyć nie musicie. Jak mawiają Włosi „nawet jeśli to nie była prawda, to ładnie wymyślone”. Ale to prawda, niestety, wierzcie mi na słowo. A z tymi klawiaturami do szpitala to to było tak:

Kiedyś wygrałem przetarg na dostawę komputerów stacjonarnych. Były to tzw. składaki. Był to szpital. Przetarg został wygrany i realizowaliśmy zakupy. Oznacza to, że jeszcze raz przegląda się specyfikację i próbuje kupić sprzęt. Tak to bywa w przetargach, że człowiek skupia się na najważniejszym, a resztę wycenia na tzw. „oko”.

Białe klawiatury dla szpitala – historia prawdziwa

Na oko została wyceniona klawiatura do komputera. Na oko, bo w sumie względem niej istniały tylko trzy warunki:
– kabel 1,8 metra
– kolor biały
– duży ENTER – wiecie, w kształcie odwróconej litery L.

Przy wycenie zgadywaliśmy – około 25 zł

No i przyszedł czas zakupów. Szukam ja i nie mogę znaleźć. Wszystkie klawiatury jak na złość czarne, z kablem 1,8 i dużym enterem. Szuka kierownik – wszystkie czarne. Szukają już wszyscy, całe biuro, księgowa, prawnik, portier, żona portiera, dzieci portiera, pies portiera i kot pani Basi z marketingu – nie ma takiej na rynku.

To się zdenerwowałem i zadzwoniłem do Zamawiacza i mu mówię:

Ja: Jaką chcecie klawiaturę, bo nie mogę znaleźć tej białej, z dużym enterem i kablem 1,8 metra do niej!
Informatyk w szpitalu: No tak sobie to napisaliśmy.
Ja: Ale takiej nie ma, może damy kolor czarny, bo takich jest dużo?
Informatyk w szpitalu: My nie chcemy czarnych, tylko białe.
Ja: A dlaczego kolor jest taki ważny?
Informatyk w szpitalu: BO KIEDYŚ KUPILIŚMY CZARNE KLAWIATURY I SIĘ PSUŁY, DLATEGO TERAZ KUPIMY BIAŁE.

Witki mi opadły. Urząd kupuje klawiatury w kolorze białym, bo są mniej awaryjne!

Słabo? To posłuchajcie jeszcze morału tej historii. Otóż ostatecznie kupiliśmy mu białe, zgodził się na krótszy kabel…

Wasza prababcia sprawniej kupiłaby drukarkę, niż urzędnicy w tej konkretnej historii…