Bieda w Polsce. Wyobraźcie sobie, że cała populacja Warszawy żyje za poniżej 600 zł miesięcznie

Finanse Społeczeństwo dołącz do dyskusji (141) 22.04.2019
Bieda w Polsce. Wyobraźcie sobie, że cała populacja Warszawy żyje za poniżej 600 zł miesięcznie

Udostępnij

Jerzy Wilczek

Ostatnie lata w Polsce upływają pod znakiem wielkich programów społecznych. Mamy 500+, będziemy mieli rozmaite „trzynastki” i inne cuda. Ale czy to znaczy, że bieda w Polsce zniknęła? Nic z tych rzeczy. Ludzi żyjących w biedzie lub na jej skraju mamy w kraju 1,6 mln. To niemal tyle, ile wynosi populacja stolicy.

Bieda w Polsce? Przysłuchując się debacie publicznej, można mieć wrażenie, że ten temat przestał już istnieć. Przecież w erze wielkich programów socjalnych dyskutuje się raczej nad tym, czy pomoc społeczna to rzeczywiście pomoc, czy może trick wyborczy. A może to po prostu zadłużanie kraju w gierkowskim stylu?

W każdym razie – można mieć wrażenie, że w kraju tak naprawdę nikt już nie bieduje. Zresztą, czemu ktoś miałby biedować, skoro wystarczy kilkuminutowy spacer, by znaleźć przynajmniej kilka ogłoszeń o pracę w sklepach?

Tymczasem bieda w Polsce istnieje. I mało tego, trudno zrozumieć to, co dzieję się w naszym kraju, jeśli nie będzie się zdawać sprawy z jej rozmiarów.

Bieda w Polsce. Ile osób tak naprawdę nie ma na chleb?

Oczywiście tego do końca nie wiemy. W ostatnim „Dzienniku Gazecie Prawnej” możemy przeczytać, że 1,6 mln osób w kraju żyje za poniżej 600 zł miesięcznie. Biorąc pod uwagę, że w Warszawie mieszka ok. 1,7 mln osób, możemy sobie łatwo wyobrazić skalę zjawiska. Ale już na przykład GUS szacuje, że w skrajnej biedzie żyje u nas 2,8 mln osób.

Niezależnie od tego, które dane są prawdziwe – warto mieć zawsze świadomość, że Polska to nie tylko pędząca gospodarka i rosnące wieżowce w wielkich miastach.

Ta świadomość na pewno pozwoli nam zrozumieć, co się u nas dzieje w sferze politycznej. Weźmy ostatnią „piątkę PiS”. Mieszkańcy dużych miast czy pracownicy korpo zgodnie uznali to za „kiełbasę wyborczą” – i byli przekonani, że nikt trzeźwy się na to nie nabierze.

Ale wystarczyło porozmawiać z kilkoma emerytami, by mieć na to zupełnie inną perspektywę. Bo dla wielu (jak nie dla większości) emerytów nad Wisłą dodatkowe 1100 zł oznacza to, że będzie można wreszcie kupić sobie ważne leki. Lub prenumeratę krzyżówek. Lub zabrać wnuka na lody. Dla wielu taki argument będzie populistyczny – ale właśnie, czy to nie jest część tego problemu?

Prawdą jest, że Polska to – i to nie jest przesada – kraj gospodarczego cudu. Od kilkudziesięciu lat mamy nieustanny wzrost PKB, a w „zachodniej” części świata poza nami może się pochwalić tym tylko Australia. Jednak Polska to też kraj biednych emerytów, samotnych matek walczących o groszowe alimenty czy niepełnosprawnych, którzy nie mogą liczyć na żadną porządną pomoc ze strony państwa. Faktem jest, że „przedsiębiorcza” Polska przez wiele lat przymykała na to wszystko oczy. Ale przymykanie oczu nie znaczy, że problem znika. Może on o sobie nagle przypomnieć – na przykład w dniu wyborów.