Auto „na minuty” bez benzyny albo kół, zaparkowane na pasach lub w polu. Tak Polacy uprawiają carsharing

Gorące tematy Moto 12.02.2018
Auto „na minuty” bez benzyny albo kół, zaparkowane na pasach lub w polu. Tak Polacy uprawiają carsharing

Udostępnij

Emilia Wyciślak

Wydawałoby się, że wprowadzenie carsharingu w Polsce pozwoli łatwiej i przyjemniej poruszać się po miastach. Jak widać, niekoniecznie – niektórzy uznali, że skoro auta są cudze, to można z nich kraść koła, paliwo, albo zamykać w nich psy.  

Poczucie elementarnej odpowiedzialności cudzą własność – w tym wypadku auto wypożyczone przez system carsharing – powinno być przyrodzoną cechą ludzką, ale najwyraźniej część ludzi jeszcze tego nie wie. Każdy z nas zna chyba taką osobę: pożyczoną książkę zatłuści lub popisze długopisem, porysuje telefon, uszkodzi kabel od konsoli czy komputera. Tacy ludzie wychodzą z prostego założenia: nie moje, może zostać zniszczone. Z problemowymi klientami borykają się właściciele firm zajmujących się wypożyczaniem aut na minuty. Owi klienci albo odpompują paliwo (chociaż, jak twierdzą właściciele, to skórka niewarta wyprawki), zaparkują samochód w niedozwolonym miejscu, zostawią go w błocie albo odkręcą z niego koła. W internecie znaleźć można całe mnóstwo takich zdjęć. Do materiałów dotarł portal naTemat.pl.

Carsharing w Polsce

Firmy carsharingowe na social mediach się znają, toteż uruchomiły sobie sympatyczne fanpage na Facebooku. A tam znaleźć można na przykład takie kwiatki:

carsharing w polsce
Przykład kierowcy, który powinien wrócić na zajęcia teoretyczne prawa jazdy

NaTemat.pl dotarł do innych zdjęć – na przykład takich, na których wypożyczony Traficar nie ma kół, albo też został zaparkowany w głębokim błocie. Są przypadki bezczelnego parkowania na chodniku. W artykule pojawia się również wzmianka o kliencie, który przybył do auta zupełnie pozbawionego paliwa. Ale pochylmy się jeszcze trochę nad ludzką nieodpowiedzialnością.

carsharing w polsce
Przykład kierowcy, który nie powinien mieć ani samochodu, ani psa

Niedzielni kierowcy mają sobie również za nic takie znaki, jak „postój taksówek”. No, bo przecież wypożyczone auto i taxi to to samo, prawda?

carsharing w polsce
Przykład kierowcy, który… a zresztą

Jednostkowe przypadki, niskie kary

Firmy carsharingowe zazwyczaj wykazują się profesjonalizmem i same proszą, by wskazać im miejsce, gdzie został źle zaparkowany ich samochód. Nie ma się co dziwić, im szybciej go przestawią, tym mniejsza szansa, że zostanie upolowany przez Straż Miejską. Właściciele w rozmowie z naTemat przyznają, że są to jednostkowe przypadki – same firmy posiadają bardzo wiele aut, zaś niedzielni kierowcy zdarzają się rzadko. Są to jednak sytuacje na tyle jaskrawe, że ludzie czym prędzej wrzucają zdjęcia do internetu.

Kary za „lewe” parkowanie w Traficar nie są duże, zazwyczaj wynoszą około 50 złotych. Jeśli Straż Miejska będzie pierwsza – 580 zł. Są zdecydowanie za niskie w porównaniu z tym, co na Zachodzie, ale właściciele przyznają, że zbyt wielka ilość obostrzeń odstraszyłaby potencjalnych klientów. Panek Carsharing wziął to sobie do serca i nie karze w ogóle. Okazuje się jednak, że klienci bardziej martwią się tym, że nie mogliby potem skorzystać z systemu, dlatego też większość z nich stara się zachowywać przyzwoicie.

Carsharing ma przyszłość?

Carsharing jest tańszy niż taksówka, a momentami o wiele skuteczniejszy niż Uber. W dobie wszechobecnego smogu wygląda to też na znacznie bardziej ekologiczne rozwiązanie. Jak na razie można wnioskować, że jest to przedsięwzięcie zyskowne, lubiane, a co za tym idzie – przyszłościowe. Ale firmy powinny dożywotnio wykluczać niedzielnych kierowców z systemu, a z czasem – kiedy ludzie przyzwyczają się na dobre do carsharingu – dodatkowo wlepiać im słone kary pieniężne.

Reklama