Czy zamkną szkoły? Rządzący uważają, że nie ma takiej potrzeby – epidemiolodzy wręcz przeciwnie

Państwo Zdrowie dołącz do dyskusji (71) 10.10.2020
Czy zamkną szkoły? Rządzący uważają, że nie ma takiej potrzeby – epidemiolodzy wręcz przeciwnie

Rafał Chabasiński

Błyskawiczny rozwój epidemii koronawirusa w ostatnich dniach nasuwa pytanie: „czy zamkną szkoły?”. Niektórzy dodają tam jeszcze „w końcu”. Rządzący, póki co, są zdania że nie ma takiej potrzeby. Tymczasem epidemiolodzy alarmują: to szkoły obecnie stanowią złośliwe ogniska choroby.

Premier i minister zdrowia przekonują, że sytuacja w szkołach jest pod kontrolą a dzieci są bezpieczne

Dzienny przyrost zakażeń koronawirusem przekroczył już 5 tysięcy osób. Jeszcze miesiąc temu współczynnik ten oscylował w okolicach 500 nowych zachorowań dziennie. W lipcu premier Mateusz Morawiecki przekonywał, że choroba jest już właściwie zwalczona i niegroźna. Teraz wszystkie powiaty w Polsce stanowią strefę żółtą a sytuacja z dnia na dzień robi się coraz gorsza. Niektórzy komentatorzy sugerują nawet znowu wprowadzenie stanu wyjątkowego.

Stopniowe przywracanie ograniczeń nasuwa pytania – tym także te całkiem konkretne. Na przykład: czy zamkną szkoły? Zdrowy rozsądek podpowiada w końcu, że młodzież w realiach przepełnionych podstawówek i liceów ma świetne warunki do przenoszenia wirusa między sobą. Później młodzi ludzie wracają do domów i zarażają krewnych.

Wbrew przewidywaniom, ani premier Mateusz Morawiecki ani minister zdrowia Adam Niedzielski nie przedstawili na dzisiejszej konferencji prasowej jakiegoś konkretnego planu działania co do szkół. Przekonują, że nie ma takiej potrzeby – sytuacja jest opanowana, dzieci bezpieczne, problemu nie ma. Może się to zmienić, ale nie musi.

Tyle tylko, że sposób myślenia naszych decydentów zawiera kilka istotnych błędów.

Naukowcy sugerują że szkoły mogą stanowić obecnie kluczowego roznośnika koronawirusa – jak jeszcze niedawno wesela

Można zrozumieć, że rząd nie kwapi się do przywracania nauczania zdalnego we wszystkich 48 tysiącach polskich szkół. Takie posunięcie oznacza w końcu kłopot dla tych rodziców młodszych dzieci, którzy niekoniecznie są w stanie zapewnić im opiekę. Co gorsza: realia zdalnego nauczania w praktyce oznaczało zrzucenie właśnie na rodziców sporą część ciężaru nauczania ich pociech.

Argumentacja premiera wydaje się jednak oderwana od rzeczywistości. Stwierdził bowiem: „Uważamy, że ryzyko związane z koronawirusem jest największe dla osób starszych„. Niewątpliwie, jest to zdanie prawdziwe. Problem w tym, że osobę starszą można zarazić bez konieczności jej wychodzenia z domu. Wystarczy bowiem, że wirusa do domu przywlecze ze szkoły wnuczek, choćby i bezobjawowy.

Podobne zdanie na ten temat mają epidemiolodzy. Jak podaje Radio Zet, dr Jakub Zieliński z Zespołu Modelu Epidemiologicznego ICM Uniwersytetu Warszawskiego właściwie potwierdza wyżej wspomniane przypuszczenia. O ile Ministerstwo Edukacji Narodowej przekonuje, że szkoły odpowiadają za raptem 2 proc. zachorowań na covid-19, o tyle modele naukowe pokazują coś zupełne przeciwnego.

Szkoły stanowią wręcz „złośliwe ogniska epidemii”. Zgodnie z aktualnymi modelami naukowymi, w szkołach najprawdopodobniej dochodzi do dużo większej liczby zakażeń, niż jest gotowe przyznać MEN. Po prostu większość z nich jest niezdiagnozowana, bo dzieci najczęściej przechodzą koronawirusa bezobjawowo. To tylko ułatwia przenoszenie choroby na dorosłych.

Już w sierpniu zastanawialiśmy się „czy zamkną szkoły?”, wówczas rządzący starali się dalej budować iluzję normalności

Także inni naukowcy wskazują na szkoły jako jeden z istotnych czynników wpływających na gwałtowny rozwój epidemii koronawirusa ostatnich miesięcy. Warto wspomnieć, że obok stacjonarnej edukacji wskazują także wybory, wesela i wakacyjne podróże. I to właśnie wybory mogą stanowić klucz do rozwiązania zagadki przeczącej odpowiedzi rządzących na pytanie „czy zamkną szkoły?” udzielanej w tym momencie.

By zapewnić sobie wysoką frekwencję przedstawiciele partii rządzącej musieli nakłamać obywatelom że koronawirus jest niegroźny. Poluzowali wszystkie możliwe obostrzenia – wliczając te niekoniecznie obciążające gospodarkę, stworzyli całkiem wiarygodną iluzję normalności. Polacy oczywiście, jak w całej Europie, skwapliwie z tej możliwości skorzystali.

Niestety, po wygranych wyborach postanowili brnąć w raz przyjętą narrację – żeby nie wyjść na kłamców i krętaczy. W sierpniu odnotowaliśmy wyraźny, choć śmiesznie niski w porównaniu z dzisiejszym, wzrost dziennej liczby zachorowań. Wtedy również zastanawialiśmy się, czy zamkną szkoły. Już wtedy pojawiały się opinie, że stacjonarne nauczanie będzie sprzyjać szybkiemu rozprzestrzenianiu koronawirusa.

Rządzący upierali się jednak, że przyjęte przez nich rozwiązania z łatwością wyeliminują zagrożenie. W praktyce jednak sami przyczynili się do pogorszenia sytuacji epidemiologicznej kraju.

Czy zamkną szkoły kiedy będziemy mieli po 10 tysięcy zakażeń dziennie jak teraz w Hiszpanii?

Instrukcja „10 zasad ucznia” i wytyczne dla szkół zostały przygotowane w oderwaniu od rzeczywistości polskiej szkoły po ostatniej reformie edukacji. Nie wspominając nawet o zignorowaniu oczywistego faktu, że młodzież niekoniecznie zwykła rygorystycznie przestrzegać tego typu zaleceń. Zachowanie w takich warunkach rygoru sanitarnego czy dystansu społecznego jest praktycznie niemożliwe.

Tak zachwalana teraz strategia reagowania lokalnego sformułowana przez MEN już na samym początku utrudniła reagowanie na zachorowania w szkołach. Decyzję o powrocie zdalnej edukacji w danej szkole podejmuje dyrektor placówki. Problem w tym, że w każdym przypadku musi uzyskać nie tylko zgodę organu prowadzącego, a więc najczęściej gminy, ale także pozytywną opinię Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego. Cała ta procedura stanowczo wydłuża proces decyzyjny i skłania raczej do niepodejmowania trudnych i niepopularnych decyzji.

Niezwykle zachowawcze pod tym względem podejście rządzących budzi zdumienie. Jakby nie patrzeć do wyborów mają jeszcze trzy lata. Wolą jednak podtrzymywać raz wypracowaną iluzję normalności. To nie tylko kwestia stacjonarnej nauki, ale także oślego uporu w sprawie wesel czy nawet brak jasnej ustawowej podstawy do wystawiania kar za nienoszenie maseczki ochronnej. Podstawy które rząd, znany przecież z przepychania ustaw w ekspresowym tempie przez całą drogę legislacyjną, mógłby z łatwością zrealizować gdyby tylko mu się chciało.

Niestety, woli politycznej coś nie ma. Rzeczywistość może w końcu zmusić polityków do działania. Póki co pytanie „czy zamknąć szkoły?” powinniśmy zastąpić nieco bardziej dosadnym: „czy zamkną wreszcie te szkoły?”.