Dlaczego zdecydowałam się zawrzeć ugodę z PZU, choć według Allegro mogłam żądać o 100 proc. więcej

Codzienne Moto dołącz do dyskusji (21) 16.10.2020
Dlaczego zdecydowałam się zawrzeć ugodę z PZU, choć według Allegro mogłam żądać o 100 proc. więcej

Justyna Bieniek

Cała historia sprowadza się do tego, że PZU zapomniało odpowiedzieć na moją reklamacją. Ponieważ tak się złożyło, że ja również o niej zapomniałam, w nieświadomości upłynęły nam trzy miesiące. Przy okazji składania innego wniosku, przypomniałam sobie o nierozstrzygniętej sprawie i trochę odruchowo napisałam maila: „reklamacja na reklamację”. I właśnie od tego momentu zaczyna się najciekawsza część historii. Bo pomimo posiadania asów w rękawie, zdecydowałam się na zawarcie ugody. Ale o tym za chwilę. 

Pozytywna decyzja PZU

Sprawa w PZU dotyczyła likwidacji szkody z udziałem mojego samochodu. Wypłata wynikała z ubezpieczenia AC. Cała procedura była przeprowadzona dość sprawnie i satysfakcjonująco. Mówiąc szczerze większość z was pewnie zostawiłaby ją w spokoju i nie myślała o składaniu odwołania od pierwszej decyzji ubezpieczyciela. Zarówno kwota wypłaty, jak i wycena wartości samochodu, była po prostu adekwatna do szkody i w całości wystarczyła na koszty naprawy auta.

Początkowo też cieszyłam się z otrzymanej kwoty i jakości obsługi. W tej kwestii PZU stoi na naprawdę wysokim poziomie, przynajmniej na podstawie moich doświadczeń. Dlaczego więc zdecydowałam się na złożenie odwołania? Chyba tylko i wyłącznie dla zasady.

Odszkodowanie od ubezpieczyciela

Ponieważ nie znam się na wycenie samochodów, otworzyłam pierwszą lepszą stronę, która przyszła mi do głowy. Było to Allegro. Tam wpisałam model i rocznik mojego samochodu. Oferty posegregowałam od tych najdroższych i właśnie na tej podstawie oszacowałam wartość mojego samochodu oraz różnice, jaką moim zdaniem powinien wypłacić mi ubezpieczyciel.

Jak nietrudno się domyślić, kwota była z tzw. górnej półki. Użyte argumenty, logiczne, ale raczej trudne do obronienia. Tak napisane odwołanie przesłałam do ubezpieczyciela i właściwie dość szybko zapomniałam o całej sprawie. Minęło kilka miesięcy i gdyby nie inna sprawa w PZU, pewnie żyłabym w przekonaniu, że źle wysłałam maila. Ale pisząc jedno, niejako hurtem napisałam też drugie. Następnego dnia po wysłaniu wiadomości odebrałam telefon z propozycją ugody. Okazało się, że odwołanie trafiło tam, gdzie miało trafić. I przeleżało tam w spokoju 30 ustawowych dni na odpowiedź.

Jak pewnie już powszechnie wiadomo, od wejścia w życie w 2015 roku ustawy o rozpatrywaniu reklamacji przez ubezpieczycieli mają oni 30 dni na jej rozpatrzenie. Niedochowanie tego terminu jest równoznaczne z jej uznaniem, zgodnie z wolą klienta. W moim przypadku oznaczało to wypłatę odszkodowania wyższego o sto procent. Kwota raziła nawet mnie swoją absurdalnością. Prawo było jednak po mojej stronie i nawet pan, z którym prowadziłam negocjacje przyznawał mi rację. PZU w świetle prawa milcząco uznało moje żądanie, mogłam więc z czystym spokojem iść do sądu.

Dlaczego więc zdecydowałam się na zawarcie ugody i w ostateczności wypłatę kwoty stanowiącej ok. 30 procent mojego żądania? Nie, nie ruszyło mnie sumienie. Po prostu przejrzałam wyroki Sądu Najwyższego i trafiłam na jeden, który ułatwił mi decyzję.

Rozpatrywanie reklamacji przez ubezpieczyciela, jest pewien haczyk

Okazuje się, że przepisy przepisami, ale wcale nie miałam wygranej w kieszeni. Patrząc na treść artykułu 8 wspomnianej wyżej ustawy, moja reklamacja powinna zostać uznana w całości. Ubezpieczyciel nie był jednak chętny do natychmiastowej wypłaty całości żądania i oprócz zaproponowanej kwoty, którą i tak udało mi się podnieść w stosunku do pierwszej propozycji, sugerował mi jedynie postępowanie w sądzie. To na pierwszy rzut oka wydawało się wygrane.

Moja opinia zmieniła się jednak po przeczytaniu uchwały Sądu Najwyższego (sygn. akt III CZP 113/17, uchwała z dnia 13 czerwca 2018 r.). SN odpowiedział na pytanie sądu okręgowego o dość podobnym stanie prawnym. Zdaniem SN tego typu postępowanie wcale nie musi być tylko formalnością. A ubezpieczyciel może kwestionować zasadność dochodzonego roszczenia. Dla mnie oznaczało to, że w przypadku ewentualnego postępowania, sąd może zdecydować również co do istoty sprawy i zakwestionować składane przeze mnie żądania.

Gdybym była przekonana o słuszności stanowiska zawartego w odwołaniu z całą pewnością weszłabym na drogę sądową. W końcu to na ubezpieczycielu, nie na mnie spoczywał w takiej sytuacji ciężar dowodu. Ponieważ jednak od początku patrzyłam na sprawę racjonalnie, wiedziałam, że moje żądania nie obroną się same. A w obecnej sytuacji propozycja PZU była dla mnie bardziej korzystna.

21 odpowiedzi na “Dlaczego zdecydowałam się zawrzeć ugodę z PZU, choć według Allegro mogłam żądać o 100 proc. więcej”

  1. Innymi słowy PZU to święta krowa, zawali, a i tak nikt mu niczego nie zrobi. Ale miałem identyczną sytuację – pani źle podała kwotę do wpłaty na blankiecie. Sprawa ciągnęła się kilkanaście miesięcy i co? Musiałem dopłacić wraz z odsetkami, bo „mogłem sobie kwotę poprawić”. No, gdybym wiedział, że jest nieprawidłowa to może i mógłbym. To była moja ostatnia styczność z PZU. Zarobili kilkadziesiąt zł odsetek i stracili kilka tysięcy rocznie.

  2. Cała historia sprowadza się do tego, że PZU zapomniało odpowiedzieć na moją reklamacją.

    Mogą Państwo znaleźć innego korektora, lepiej wyłapującego błędy?

  3. O czym w ogóle jest ten tekst? Szkoda z AC, naprawa jest, ale wycena samochodu z allegro. Co z OWU? Słownictwo raz potoczne, raz specjalistyczne. A co do całości, to wielka afera o brak odpowiedzi, ale na początku informacja że zadzwonili następnego dnia z propozycją ugody. Co do zasady jest to odpowiedź na odwołanie, ponieważ przepisy regulują czas, a nie formę odpowiedzi. A ogólnie to mi zajeżdża autokryptoreklamą i shadowmarketingiem PZU.

    • Oczywiście że to jakaś dziwna forma reklamy. Po pierwsze, po tym jak upłynął termin rozpatrzenia reklamacji żaden sąd by nie dochodził zasadności roszczeń. Jest czarno na białym w ustawie i tu nie ma miejsca na interpretację, reklamacja uznana = wypłata odszkodowania. Po drugie nie widziałem czegoś takiego jak odszkodowanie, które było dobrze, realnie wyliczone, czy to OC czy AC. Robią to chociażby dla zasady czy to jeden procent czy pięćset procent ale jest mniej niż być powinno. Po trzecie taki artykuł zaraz po tym jak Rzecznik Finansowy zganił „największe firmy” ubezpieczeniowe za celowe działanie na szkodę ubezpieczonych przy ubezpieczeniach AC :) fajny zbieg okoliczności zwłaszcza że sprawa rozgrywała się na przestrzeni kilku miesięcy. Dla samej rzetelności wstyd byłoby mi wrzucić taki artykuł bo niezależnie czy to prawda czy nie, wyglada jak kontr argument przeciwko instytucji RF „bo oni się mylą a my jesteśmy cacy i ugodowi”.
      Miałem dwie szkody nie z mojej winy, pierwsza PZU, wycena 1200, wywalczone 3500, druga kilka lat później. Compensa, wycena „online” (bo korona) 365zl, druga wycena już przez telefon 3800, trzecia przez osobę podszywającą się pod rzeczoznawcę samochodowego z firmy VIG Ekspert (osoba nie jest na ministerialnej liście rzeczoznawców samochodowych więc licencji nie ma, kropka) 1720zl. Moja wycena, którą zrobiłem sam wyszła ponad 7000, udało mi się wywalczyć bez sądu 6400zl i dałem na spokój bo walcząc o pełna kwotę stracił bym już za dużo czasu, plus samochód zastępczy na ponad miesiąc aż naprawiłem auto bez liczenia „technoloicznego czasu naprawy”. Także jest różnica 365zl a 6400zl. Zawsze polecam pisać odwołania. Ubezpieczenia to tylko biznes, tam trzeba zarabiać, ktoś musi stracić, ważne bysmy my jako klienci stracili jak najmniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *