Znana restauratorka, program telewizyjny i… 170 krzaczków konopi indyjskich. To kluczowe elementy artykułu na portalu plotkarskim, który tak zirytował bohaterkę artykułu panią M. G., że ta skierowała pozew o naruszenie dóbr osobistych.

M. G. (możemy się tylko domyślać, kogo sąd miał na myśli, nazywając ją „znaną restauratorką, osobą publiczną, budzącą zainteresowanie mediów i opinii publicznej. Powódka występuje również w telewizji (…)” prowadzi w telewizji program, w którym pomaga borykającym się z różnymi problemami właścicielom restauracji. Jest jedzenie, są emocje, ale na pierwszym planie są ludzkie dramaty (okazjonalnie wzbogacone o szczypty przypraw marki Pry… po prostu przypraw). Takie proporcje nie są oczywiście przypadkowe: to telewizja, więc zamiast szczegółowych przepisów i nudnych prelekcji o wpływie jakości obsługi klienta na wzrost obrotów lokalu gastronomicznego mamy show.

Formuła programu wymaga zatem odpowiedniej osobowości prowadzącego – czyli, mówiąc krótko, odpowiednika Gordona Ramsaya. M. G. taką osobowość z pewnością ma, o czym świadczy i jej charakterystyczna twórczość na Facebooku, jak i jej zachowanie w trakcie kręcenie programu (z rzucaniem, a raczej – zrzucaniem – talerzy na podłogę). Jak zresztą zauważył Sąd Okręgowy w Warszawie:

Program budzi duże zainteresowanie, jak również kontrowersje. Jedną z przyczyn tego zjawiska jest zachowanie prowadzącej, która jest osobowością barwną, potrafiącą rzucać naczyniami, niejednokrotnie w odcinkach biorącą udział w sporach z personelem restauracji, a także używającą języka wulgarnego. Z powyższych powodów powódka stanowi również obiekt zainteresowania mediów, dla których jest atrakcyjnym tematem.

Celebrytka kontra portal portal: sąd staje po stronie wolności słowa (ale nie tak do końca)

Bycie „atrakcyjnym tematem” oznacza w praktyce częstą obecność na portalach plotkarskich. M. G. była m. in. bohaterką artykułu, w którym opisywano sytuację, jaka nastąpiła po wizycie pani G. w jednej z restauracji. Otóż, po dłuższym czasie od wizyty ekipy telewizyjnej w restauracji funkcjonariusze CBŚ odkryli tam… 170 krzaków konopi indyjskich. Co ważne, jak się okazuje, wcale właścicielom lokalu nie chodziło o znalezienie zastępstwa dla bazylii czy mięty, a o zwyczajną działalność przestępczą. Kombinacja „M. G. + narkotyki” okazała się być znakomitym pretekstem do napisania artykułu – a raczej, wielu artykułów, bo za pierwszym tekstem poszły inne publikacje w innych portalach. W przeciwieństwie do opisywanego tekstu, w tych dalszych tekstach już wprost, bez kozery, łączono wizytę pani G. z produkcją nielegalnych środków odurzających (np. „M. G. została wplątana w aferę narkotykową”).

W każdym razie, M. G. poczuła się (być może słusznie) oburzona publikacją na swój temat, choć najmocniejsze słowa dotyczące celebrytki, jakie w nim padły, to takie: „Najwyraźniej „rewolucja” nie pomogła i W. postanowił zająć się bardziej dochodowym biznesem„. Oczywiście, cały tekst był opatrzony kilkoma, niezbyt zresztą fortunnie dobranymi, zdjęciami restauratorki. Sąd Okręgowy w Warszawie, rozpatrujący powództwo o naruszenie dóbr osobistych (powódka domagała się m.in. 25 000 zł zadośćuczynienia), nie uznał jednak roszczeń M. G. za zasadne – i powództwo oddalił, obciążając celebrytkę kosztami postępowania. Stanowisko to podtrzymał Sąd Apelacyjny w Warszawie (sygn. I ACa 132/16)

Naruszenie dóbr osobistych celebryty?

Najważniejszą przesłanką, jaką kierowały się oba sądy niestające po stronie restauratorki, była ocena, czy artykuł zawiera nieprawdziwe informacje (oceniane w kategoriach prawda-fałsz). Analiza treści tekstu doprowadziła do wniosku, że w artykule nie padły żadne nieprawdziwe informacje. Nie jest natomiast właściwy zarzut stojący u podstaw powództwa, że naruszenie dóbr osobistych nastąpiło poprzez zestawienie dwóch prawdziwych informacji (nagrywanie programu w restauracji oraz znalezienie w tej restauracji plantacji marihuany). Oba sądy uznały, że choć oczywiste jest, że połączenie tych dwóch faktów ma na celu wyłącznie zwiększenie zainteresowanie czytelników tekstem, to samo w sobie nie jest to naganne, a przede wszystkim – nie jest nielegalne.

Co więcej, sędziowie zwrócili uwagę na fakt, że nawet sami czytelnicy tekstu zauważyli (co potwierdzające komentarze pod treścią artykułu), że oba zdarzenia nie stanowią ciągu przyczynowo-skutkowego. To istotna informacja, ponieważ:

przy ocenie, czy nastąpiło naruszenie dóbr osobistych w doktrynie i orzecznictwie zdecydowanie przeważa stanowisko przyjmujące, że należy uwzględnić także punkt widzenia określonej społeczności, zwłaszcza zaś jej rozsądnie myślących przedstawicieli.

Reasumując, w internecie lepiej pisać prawdę. Ona sama się obroni, ewentualnie z pomocą przyjdą sędziowie.