1. Bezprawnik -
  2. Zagranica -
  3. Zełenski znowu trolluje Putina i wydaje oficjalną zgodę na paradę w Moskwie

Zełenski znowu trolluje Putina i wydaje oficjalną zgodę na paradę w Moskwie

Trzeba przyznać, że trolling na takim poziomie jeszcze się nie zdarzył w historii światowej dyplomacji. 8 maja 2026 roku prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wydał oficjalny dekret nr 374/2026, w którym — uwaga — „zezwala" Federacji Rosyjskiej na zorganizowanie 9 maja parady w Moskwie. Z konkretnymi współrzędnymi GPS Placu Czerwonego. Z powodów — oczywiście — czysto humanitarnych. Kreml się zagotował, a internet pęka ze śmiechu.

Dekret prezydenta, który trzeba przeczytać dwa razy

Zacznijmy od tego, że dokument jest jak najbardziej prawdziwy. Można go znaleźć na oficjalnej stronie kancelarii prezydenta Ukrainy. I czyta się go jak rządowy komunikat, tylko po dotarciu do meritum przeciera się oczy ze zdumienia.

„Biorąc pod uwagę liczne prośby, w celu humanitarnym określonym w negocjacjach ze stroną amerykańską w dniu 8 maja 2026 r., postanawiam: zezwolić na zorganizowanie parady w Moskwie (Federacja Rosyjska) w dniu 9 maja 2026 r."

Niech to wybrzmi. Prezydent Ukrainy zezwala Rosji na zorganizowanie defilady na Placu Czerwonym. W sercu Moskwy. Stolicy państwa, które od ponad czterech lat morduje ukraińskie dzieci. Z punktu widzenia wojny Ukrainy z Rosją trwającej de facto od 2014 roku, to absolutny ewenement w retoryce dyplomatycznej.

Współrzędne GPS, czyli gdzie wolno świętować

W dekrecie znalazł się również wisienka na torcie — konkretne koordynaty geograficzne wyłączonego z planu uderzeń obszaru:

55.754413 37.617733 / 55.755205 37.619181 / 55.753351 37.622854 / 55.752504 37.621538

Czyli, w wolnym tłumaczeniu: „Drogi Władimirze, możesz sobie pomaszerować dokładnie w tym czworokącie. Krok poza i… cóż, nie nasza sprawa, co się stanie". Te cztery punkty na mapie to subtelna informacja, że Ukraina precyzyjnie wie, gdzie i kiedy mogłaby uderzyć — ale, z dobroci serca, akurat tego dnia nie uderzy. Komunikat ma podwójne dno: jednocześnie deeskalacyjne i przerażająco konkretne.

„W celach humanitarnych" — i tu zaczyna się komedia

Kluczowe są dwa słowa: „cele humanitarne". Tak właśnie ukraiński prezydent uzasadnia łaskawe pozwolenie na rosyjską defiladę. To samo słowo, którego Kreml od czterech lat używa, tłumacząc bombardowania szpitali, przedszkoli i bloków mieszkalnych — tylko teraz zostało zwrócone z procentami.

W praktyce „cel humanitarny" oznacza wymianę jeńców w formacie 1000 za 1000, którą Kijów wynegocjował przy pośrednictwie Amerykanów. Zełenski sam to zresztą skomentował krótko: Plac Czerwony jest dla nas mniej ważny niż życie ukraińskich jeńców. Po polsku: „bierzcie sobie tę swoją paradę, oddajcie naszych ludzi". Nawet jeśli ktoś nie czuje sympatii do Ukrainy, trudno odmówić temu posunięciu chłodnej elegancji. To gra na dwóch fortepianach naraz — i obu strunach głosowych Putina.

Reakcja Kremla. Dmitrij Pieskow nie był zachwycony

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow zareagował dokładnie tak, jak można było się spodziewać. Stwierdził, że Rosja żadnych zezwoleń nie potrzebuje, a każdemu, kto „spróbuje zażartować z Dnia Zwycięstwa", grozi — cytat — „biada". Słowo „biada" w wykonaniu rzecznika Putina brzmi mniej więcej tak, jak ostrzeżenie wujka, który właśnie odkrył, że siostrzeniec wsadził mu pinezkę do fotela. Groźnie, ale z niesmakiem ofiary, nie sprawcy. Tym bardziej że — jak donoszą rosyjskie media i obserwatorzy — rosyjska parada w 2026 roku będzie najskromniejszą od dwóch dekad. Bez czołgów, bez zagranicznych dziennikarzy, z trzema światowymi przywódcami zamiast trzydziestu, z wyłączonym mobilnym internetem nad Moskwą i snajperami na każdym dachu wokół Placu Czerwonego.

Drony, Flamingo i nerwowy Kreml

Trzeba pamiętać o kontekście. Ukraina dysponuje dziś pociskami manewrującymi FP-5 Flamingo o zasięgu sięgającym 3000 km. Moskwa od ukraińskiej granicy leży raptem 500 km. Słowem — Kijów technicznie mógłby, gdyby chciał, zakłócić paradę dronami albo czymś poważniejszym. To nie jest scenariusz z gry komputerowej. W ostatnich miesiącach rosyjskie drony w nocy wleciały nad Polskę, a ukraińskie bezzałogowce regularnie sięgają do rafinerii oddalonych o 2000 km od frontu. Kreml o tym wie. Stąd ta cała choreografia z odcinaniem internetu, znikającą kolumną wojskową i nerwowymi komunikatami o „konsekwencjach, jakich świat nie widział".

W tym kontekście dekret Zełenskiego brzmi jak złote rozwiązanie problemu. Nie uderzy, ale wszyscy doskonale wiedzą, że mógłby. I jeszcze daje paradzie błogosławieństwo — z taką dozą ironii, że Kreml musi to przełknąć w milczeniu albo wybuchnąć śmiesznością.

Skromna parada Putina. Nawet swoich na nią nie ściągnął

Tegoroczne obchody Dnia Zwycięstwa to obraz nędzy i rozpaczy. Z głównych światowych przywódców pojawili się raptem trzej — w 2025 roku było ich blisko trzydziestu, łącznie z Xi Jinpingiem i Lulą da Silvą. W tym roku Chiny, Indie, Brazylia odpuściły. Robert Fico ze Słowacji długo nie wiedział, czy w ogóle dotrze, bo Polska, państwa bałtyckie i kilka innych krajów odmówiły mu udostępnienia przestrzeni powietrznej. Po raz pierwszy od prawie dwóch dekad przez Plac Czerwony nie przejechał ani jeden czołg. Władimir Putin zamiast pokazu siły zafundował obywatelom pokaz słabości — i to dokumentnie udokumentowany przez własne media. A teraz jeszcze ten dekret. To jakby na własnym weselu ktoś dostał od byłego pana młodego oficjalny list z gratulacjami.

Trolling, który wszedł do podręczników

Można się zżymać na samą koncepcję, że w środku wojny ktoś żartuje. Ale to nie jest żart o ofiarach. To żart o agresorze. I to żart wykonany na poziomie, na jakim sztuka ta funkcjonuje od wieków — od antycznych Greków, przez Voltaire'a, po dzisiejsze trolle Kremla w polskim internecie, które od lat próbują manipulować zachodnią opinią publiczną. Tylko że tym razem trolling poszedł w drugą stronę. I to od oficjalnej głowy państwa.

Kontekst psychologiczny. Co czuje Putin?

Nie trzeba być ekspertem od stosunków międzynarodowych, żeby zauważyć, że Władimir Putin znalazł się w sytuacji, której nie da się wygrać dyplomatycznie. Jeśli zignoruje dekret — dyskusja o nim i tak przejdzie do annałów. Jeśli zareaguje ostro — przyzna, że trafiło. Jeśli zareaguje śmiechem — niewiarygodnie. Pojawiały się nawet plany zamachu na Putina w przeszłości, a samych obaw o własne bezpieczeństwo eksperci przypisują mu od lat. Tegoroczna parada odbywa się pod podwójną ochroną i z wyłączonymi sieciami komórkowymi w 21 regionach. Strach jest realny, a teraz dochodzi do niego upokorzenie ze strony człowieka, którego Kreml od 2022 roku nazywa „nazistą" i „klauzem".

Bo jak przedstawić swoim obywatelom rzeczywistość, w której parada ku czci zwycięstwa nad nazizmem może się odbyć tylko dlatego, że „nazista" z Kijowa łaskawie wydał na to zgodę?

Co z tego wynika dla rozejmu i wymiany jeńców

Pomijając całą warstwę komiczną, trzeba pamiętać, że dekret jest częścią szerszych ustaleń. Donald Trump ogłosił trzydniowe zawieszenie broni w dniach 9–11 maja 2026 — w zamian za wymianę jeńców, łącznie 2000 osób. To jest realna stawka, która pokazuje, jak bardzo Ukraina nauczyła się grać tym konfliktem na różnych płaszczyznach jednocześnie. Z jednej strony — zaciekła obrona, z drugiej — zaskakująco zaawansowana dyplomacja, z trzeciej — wojna informacyjna prowadzona z polotem, jakim Kreml już dawno przestał dysponować.

Patrząc szerzej, na ukraińską armię, która od 2022 roku zmieniła się nie do poznania — wystarczy choćby porównać, ile zarabia ukraiński żołnierz dzisiaj a wcześniej — widać, że to państwo gra długą partię. I gra ją coraz lepiej. Dekret nr 374/2026 to nie tylko mem internetowy. To dokument, który pokazuje, że Kijów przejął kontrolę nad narracją w sposób, którego rosyjska propaganda najwyraźniej nie potrafi już rozbroić.

Ostatni akord komedii

Cała sytuacja ma w sobie coś z gogolowskiego absurdu. Państwo agresor, które miało rozstrzygnąć wojnę w trzy dni, świętuje rocznicę zwycięstwa nad innym agresorem. Tylko że żeby świętować, musi dostać formalne pozwolenie od kraju, na który napadło. A pozwolenie to jest sformułowane tak, żeby każdy czytelnik dekretu od razu rozumiał, jak bardzo Ukraina kontroluje sytuację.

Jeśli ktoś kiedyś będzie pisał podręcznik dyplomatycznego trollingu, dekret 374/2026 znajdzie się w nim na pierwszej stronie. Tuż przed kapitulacją Hitlera w Karlshorst, którą obchody w Moskwie rzekomo upamiętniają. Choć w tym roku — przy okrojonej paradzie, pustych trybunach i nerwowych snajperach na dachach — ta uroczystość zaczyna przypominać raczej smutną stypę niż triumf.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi