Alfie Evans ma umrzeć. Brytyjskie sądy wykazują się bezdusznością, czy troską o dobro dziecka?

Zagranica Zdrowie dołącz do dyskusji (95) 27.04.2018
Alfie Evans ma umrzeć. Brytyjskie sądy wykazują się bezdusznością, czy troską o dobro dziecka?

Rafał Chabasiński

Czy życie ludzkie jest wartością najwyższą? Zdecydowana większość z nas odpowie twierdząco na tak postawione pytanie. Okazuje się jednak, że w praktyce nie jest to takie proste. Na pewno odmienne stanowisko w tej kwestii mają brytyjskie sądy.

O sprawie małego Alfiego Evansa i jego rodziców walczących o utrzymanie go przy życiu wbrew machinie sądowniczej zrobiło się głośno w całej Europie. Wyrazy wsparcia dla rodziców dziecka napłynęły w ostatnich dniach z Polski. Wyraził je chociażby na twitterze prezydent Andrzej Duda. Chęć skłonienia rządu do zaoferowania pomocy zadeklarowała wicepremier Beata Szydło. Ponadto rodzicom chłopca rzekomo pomagać ma także Krzysztof Rutkowski, detektyw-celebryta. Twierdzi on, że ojciec chłopca skontaktował się z nim w celu umożliwienia jego wyjazdu do Włoch. Jak można wywnioskować, z pominięciem drogi w pełni legalnej. W sprawę zaangażował się także papież Franciszek oraz włoski rząd. Ten ostatni nadał nawet chłopcu włoskie obywatelstwo, byle tylko ułatwić mu batalię z brytyjskim wymiarem sprawiedliwości i umożliwić przyjazd do tego kraju by kontynuować terapię. Tymczasem, póki co, sądy okazują się być nieugięte.

Alfie Evans, zdaniem brytyjskich sądów – ma umrzeć, bo właśnie to leży teraz w jego interesie.

Alfie Evans urodził się 9 maja 2016 r. po porodzie wydawał się być normalnym, zdrowym dzieckiem. Niestety, w ciągu kilku następnych miesięcy po porodzie pojawiły się objawy wskazujące na to, że chłopiec może być poważnie chory. Nagłe pojawienie się zeza rozbieżnego, nadspodziewanie częsty sen, czy rzadkie interakcje z otoczeniem, w końcu także drgawki. W grudniu 2016 r. u chłopca zdiagnozowano chorobę neurodegradacyjną – choć nie postawiono dokładnej diagnozy. Rezonans magnetyczny wykonany w następnym roku wykazał nieodwracalne uszkodzenie 70% mózgu. Według lekarzy, stan Alfiego nie dawał żadnych nadziei na jego poprawę. Dalsze próby jego leczenia byłyby daremne i niepozostające w interesie chłopca. To ostatnie sformułowanie wydaje się być kluczowe dla istoty całej sprawy.

Zaprzestanie terapii oznaczałoby w teorii dla chłopca śmierć. Z takim stanem rzeczy pogodzić się nie mogli rodzice dziecka. Wyrazili oni wolę przetransportowania Alfiego do szpitala Dziesiątka Jezus w Rzymie, gdzie terapia mogłaby być kontynuowana. Sprawę w pierwszej instancji rozstrzygał Wydział Rodzinny Wysokiego Trybunału (ang. Family Division of the High Court) – czyli sądu właściwego w Wielkiej Brytanii w przypadku sporów między lekarzami a rodzicami dziecka co do sposobu jego leczenia. Orzekający w sprawie sędzia podzielił stanowisko personelu szpitala i zdecydował o odłączeniu Alfiego od aparatury podtrzymującej życie. Rodzice chłopca wnieśli apelację – ta została odrzucona. Następnym krokiem było wniesienie do Sądu Najwyższego sprawy o udzielenie zgody na ponowną apelację, również bezskutecznie. Po wyczerpaniu drogi prawnej w Wielkiej Brytanii, rodzice zwrócili się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Trybunał odrzucił jednak skargę nie dopatrując się naruszenia któregokolwiek z praw człowieka.

Dalsza terapia nie wchodzi w grę, podobnie wyjazd do Włoch – sytuacja niczym z antycznej tragedii.

23 kwietnia o godzinie 21 zaprzestano sztucznego oddychania. Wówczas zdarzyła się rzecz niespodziewana – chłopiec zaczął oddychać samodzielnie. Mimo to sędziowie podtrzymali decyzję o zakazie wywozu dziecka do Włoch. Uzasadnienie takiego stanu rzeczy od początku pozostaje takie samo. Zdaniem sądu, stan Alfiego w trakcie transportu mógłby ulec pogorszeniu – w związku z czym, plan jego przewozu do Włoch stoi w sprzeczności z interesem dziecka. Pamiętać musimy, że sąd podziela cały czas opinię lekarzy, że stan Alfiego nie daje nadziei na poprawę. Co więcej, sędzia prowadzący sprawę stwierdził, że opieka, jaką chłopiec otrzymałby w szpitalu Dzieciątka Jezus nie wniosłaby nic nowego do terapii, w najlepszym wypadku może jedynie podtrzymać obecny stan rzeczy. Transport zaś oznaczałby ryzyko śmierci dziecka – tyle, że w warunkach utrudniających zachowanie mu godności. To znaczy: bez opieki paliatywnej zapewnianej przez szpital.

Cała sytuacja wydaje się być na pierwszy rzut oka kompletnym absurdem, który nie powinien się zdarzyć w cywilizowanym kraju. A już na pewno nie powinien on przetoczyć się przez wszystkie możliwe instancje sądowe w takim państwie. Sądy jednak kwestionują prawo rodziców o decydowaniu o leczeniu ich dziecka. Ci chcą przecież dla niego jak najlepiej – chcą, żeby żyło. Ciężko w tym przypadku nie sympatyzować z rodzicami Alfiego. Należy jednak pamiętać o tym, że nawet w polskim prawie władza rodzicielska nie jest nieograniczona. Art. 109 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi, że kiedy dobro dziecka jest zagrożone, sąd wydaje odpowiednie zarządzenia. W ten sam sposób działa to w Wielkiej Brytanii.

W całym sporze życie dziecka przeciwstawiane jest jego godności. A co z rodzicami?

Różnica jest taka, że „dobro dziecka” rozumiane jest w odmienny sposób. W tym przypadku lekarze i sąd walczą, a przynajmniej tak im się wydaje, o godność Alfiego. Uporczywa terapia, ich zdaniem, przedłuża tylko agonię dziecka, zwiększa jego cierpienie oraz wiąże się z niepotrzebnym umęczeniem. Odłączenie dziecka od aparatury podtrzymującej życie, w teorii, skutkowałoby śmiercią z powodu uduszenia. Alfie oddycha jednak, póki co, samodzielnie. Jeśliby zaprzestano także jego żywienia i nawadniania, łatwo sobie wyobrazić, z jakiego rodzaju „godna śmiercią” mielibyśmy do czynienia. W Polsce taka sytuacja wydaje się być nie do pomyślenia. Zaprzestanie podtrzymywania życia dopuszczalne jest u nas w przypadku zupełnej śmierci mózgu. Taka przesłanka w przypadku chłopca, rzecz jasna, nie występuje.

Rodzice Alfiego z kolei są zdania, że wciąż dla ich syna jest nadzieja. To właśnie ta nadzieja podtrzymuje skłania ich do dalszej walki. Nawet, jeśli faktycznie szanse na poprawę stanu zdrowia chłopca nie wydają się duże, czy nawet bardzo realne, muszą oni chociaż spróbować. Nic dziwnego, w końcu chodzi o ich syna. Tragizm sytuacji polega na tym, że obydwie strony sporu w swoim mniemaniu walczą o to samo – o dobro Alfiego. Niestety, jedna z tych stron ma aparat państwa po swojej stronie. Do tego niespecjalnie w tym wszystkim przejmuje się dobrem rodziców. To w końcu oni musieliby potem żyć ze świadomością, że nie mogli zrobić wszystkiego co w ich mocy, by ratować swoje dziecko.

Jaki koniec będzie miała ta historia? Jak podaje Wirtualna Polska, rodzice Alfiego wydali oświadczenie, w którym dziękują za udzielone wsparcie. W tym momencie chcą jednak współpracować z lekarzami zajmującymi się ich synem nad planem mającym zapewnić mu komfort oraz godność. Para zastrzegła, że od tego momentu nie będzie udzielać wywiadów, ani wypowiadać się publicznie na temat stanu zdrowia chłopca.