Polscy przedsiębiorcy mają dość. Lekcje w szkole nagle stały się bezpieczne, ale siłownie, hotele czy stoki narciarskie to oczywiście ogniska zakażeń

Firma Państwo Zdrowie dołącz do dyskusji (42) 13.01.2021
Polscy przedsiębiorcy mają dość. Lekcje w szkole nagle stały się bezpieczne, ale siłownie, hotele czy stoki narciarskie to oczywiście ogniska zakażeń

Edyta Wara-Wąsowska

W październiku – gdy zamknięto m.in. lokale gastronomiczne, siłownie, kluby fitness i baseny – mogło się wydawać, że będzie to zamknięcie chwilowe, trwające maksymalnie 3-4 tygodnie. Szybko stało się jednak jasne, że rządzący nie tylko nie zamierzają odmrażać żadnych branż, ale – że zdecydują się na sparaliżowanie kolejnych. Teraz uznali, że najmłodsze dzieci mogą wrócić do szkół, ale już jazda na nartach na stoku czy możliwość wynajęcia pokoju na nocleg to już ryzyko nie do zniesienia. 

Szkoły bezpieczniejsze niż hotele, siłownie czy restauracje – przynajmniej zdaniem rządzących

Mimo że jeszcze w południe w poniedziałek minister Niedzielski uważał, że możliwe są tylko dwa scenariusze, jeśli chodzi o decyzję o powrocie do szkoły klas I-III szkoły podstawowej (kontynuacja nauki zdalnej lub powrót do szkół uczniów tylko z dwóch województw) to już po południu ogłosił on, że po 18 stycznia najmłodsi uczniowie z całej Polski wrócą na lekcje stacjonarne. Jednocześnie zapowiedział przedłużenie pozostałych obostrzeń co najmniej do 31 stycznia. To oznacza, że wielu przedsiębiorców wciąż nie może wykonywać swojej działalności lub wykonuje ją tylko częściowo (jak lokale gastronomiczne).

Tym samym rząd dał do zrozumienia, że powrót dzieci do szkół stwarza mniejsze ryzyko wzrostu liczby zakażeń niż jazda na nartach, nocleg w hotelu czy ćwiczenia na siłowni (oczywiście z zachowaniem reżimu sanitarnego). A przecież niedawno ci sami rządzący uważali, że szkoły faktycznie mogą być rozsadnikiem epidemii, bo nauczyciele zarażają dzieci, a te – rodziców. Najwyraźniej jednak uznano, że przedsiębiorcy mogą po raz kolejny poczekać. Najwidoczniej kto upadnie, ten upadnie – i trudno.

Rząd myśli jedno, mówi drugie, a robi trzecie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami moglibyśmy już dawno być w czerwonej lub żółtej strefie

Kilka miesięcy temu – wtedy, gdy rząd dopiero zaczął wdrażać kolejne obostrzenia – premier Mateusz Morawiecki ogłosił zasady wprowadzenia narodowej kwarantanny. Rząd miał ją ogłosić przy średnio 70 zakażeniach na 100 tys. mieszkańców. Jednocześnie premier przedstawił też plan odmrażania gospodarki. Przy 25 zakażeniach na 100 tys. mieszkańców mieliśmy powrócić do strefy czerwonej, przy 10 – do strefy żółtej. Łatwo można zatem zauważyć, że opierając się na zasadach ogłoszonych przez rząd już dawno można było przywrócić obostrzenia na poziomie strefy czerwonej – lub nawet żółtej. Przedstawiciele rządu nabierają jednak wody w usta i sprawiają wrażenie, jakby nigdy nie było o tym mowy. Przedsiębiorcy bardzo szybko zatem zrozumieli, że rządowi po prostu nie mogą ufać – bo władza w każdej chwili może zmienić zasady gry.

Przedsiębiorcy otwierają biznesy, bo mają dość – niepewności, braku pomocy i poczucia, że rząd robi to, co mu się podoba – bez względu na koszty

Wyrok WSA w sprawie kary administracyjnej otworzył – zgodnie z przewidywaniami – puszkę Pandory. Sąd uznał wtedy, że kara za łamanie koronawirusowych obostrzeń (w tym – za prowadzenie działalności gospodarczej mimo restrykcji) jest bezprawna. To był już dla części przedsiębiorców impuls do otworzenia biznesu. Ale nie jest też tak, że to wyrok WSA w Opolu jest jedyną przyczyną tego, że przedsiębiorcy coraz częściej otwierają swoje biznesy. Prowadzący firmę mają po prostu dość – niepewności i braku jasnych reguł gry, których przestrzegają obie strony. Bo co z tego, że przestrzegają restrykcji, skoro rząd nie zamierza się wywiązać ze swojej części zobowiązań „umowy”, czyli odmrażania gospodarki przy wcześniej wskazanych przez siebie wskaźnikach?

Do tego dochodzi oczywiście brak realnej pomocy. Przedsiębiorcy dopiero co zyskali możliwość składania wniosków o zwolnienie ze składek ZUS (lipiec-wrzesień i listopad) czy dodatkowe świadczenie postojowe, a i tak z pomocy skorzysta garstka (ze względu na kod PKD i konieczność wykazania dużego spadku przychodów). Podczas gdy niektórzy przedsiębiorcy już co najmniej od kilku miesięcy walczą o przetrwanie (gastronomia, siłownie, a dłuższy czas – branża eventowa czy targowa, które są w zasadzie całkowicie zamrożone), to rządzący nie potrafili nie tylko uchwalić szybko tarczy 6.0, ale teraz nie potrafią nawet wprowadzić przedłużenia ulg ZUS. Tarcza finansowa z kolei dopiero ruszy.

Wreszcie przedsiębiorcy mają z pewnością dość niekompetencji rządzących – dziurawego prawa, zmieniania zdania co tydzień, kierowania się niejasnymi przesłankami, brakiem logiki w przypadku niektórych posunięć i wreszcie – faworyzowaniem niektórych grup kosztem innych. Akcja #otwieraMY to zatem efekt wszystkich zaniedbań rządu – który pracował na bunt przedsiębiorców od co najmniej kilku miesięcy.