Trwa przewrót w Wenezueli. To kraj, którego ropa naftowa nie ocaliła przed finansową i społeczną katastrofą

Zagranica dołącz do dyskusji (75) 01.05.2019
Trwa przewrót w Wenezueli. To kraj, którego ropa naftowa nie ocaliła przed finansową i społeczną katastrofą

Udostępnij

Edyta Wara-Wąsowska

Sytuacja w Wenezueli nie jest spowodowana jedynie kryzysem na rynku ropy naftowej. Wystarczy spojrzeć kilka lat wstecz, by dostrzec coraz bardziej rozpaczliwe wysiłki Wenezueli mające na celu zapobieżenie nadciągającemu kataklizmowi. Wysiłki te były skupione jednak wyłącznie na ropie naftowej, a nie na ograniczeniu programów socjalnych czy inwestycji w produkcję i innowacje. Przewrót w Wenezueli, który już wkrótce może stać się faktem, Wenezuela zafundowała sobie na własne życzenie. Przy milczącej aprobacie Zachodu. 

Studium upadku

Jeszcze kilka lat temu przewrót w Wenezueli nikomu nie przyszedłby do głowy. To kraj, który do tej pory mógł kojarzyć się wielu osobom z opowieściami o bossach narkotykowych i o niezmierzonych pokładach ropy naftowej. Wenezuela miała nieco zadatków na to, by stać się południowoamerykańskim rajem, chociaż start miała znacznie trudniejszy niż np. Arabia Saudyjska, z którą często bywała porównywana. Oba kraje wprawdzie łączy posiadanie ropy, jednak podstawowy błąd w tym porównywaniu polega na tym, że jest to… zupełnie inny rodzaj ropy. Wenezuelska ropa jest zaliczana do tzw. „ciężkich”; musi ona zostać poddana odpowiedniej obróbce, ponadto jej rafinacja jest znacznie trudniejsza. Ropa naftowa Arabii Saudyjskiej jest znacznie lżejsza. Co to oznacza w praktyce? Że wydobycie ropy w Wenezueli jest po prostu drogie.

Już kilka lat temu można było zauważyć, że problemy Wenezueli w tym aspekcie narastają. Na przykład w 2015 r. Wenezuela nalegała, by mieszać jej ropę z „lżejszą” ropą z innych krajów OPEC, by w ten sposób zwiększyć konkurencyjność i zapobiec spadaniu cen ropy. Na jeszcze większą uwagę zasługuje fakt, że trzy lata temu Wenezuela (a konkretnie: państwowy PDVSA) podpisał szereg porozumień z rosyjskim Rosneftem. To Rosja miała zainwestować w wydobycie wenezuelskiej ropy, bo Zachód w tamtym momencie odwracał od Wenezueli oczy, twierdząc, że nie chce współpracować z komunistycznym rządem. Kraj potrzebował po prostu zagranicznych inwestorów. A Rosja jako jedyna wykazała zainteresowanie. To powinno rozjaśnić coś w głowie osobom, które były niezwykle zaskoczone rosyjskimi działaniami w Wenezueli już podczas trwania obecnego kryzysu.

Ropa nie ocaliła Wenezueli, bo to kraj, który praktycznie niczego nie wytwarzał

Z Wenezuelą już od dawna był jeszcze jeden problem, i wcale nie chodzi tutaj o ideologię rządu. Prawdziwy problem polegał na tym, że Wenezuela wprawdzie miała (i ma nadal) gigantyczne zasoby ropy, ale… właściwie nic ponadto. A konkretnie – Wenezuela praktycznie niczego nie produkowała. Niczego nie wytwarzała. Importowała mnóstwo towarów i surowców na własne potrzeby, jednak nie miała niemal czego eksportować. Cała gospodarka od dawna była kolosem na glinianych nogach. Stan, w którym ktoś ma jedyne źródło bogactwa, a w nic nie inwestuje i cały czas kupuje, nie mógł trwać wiecznie. Zwłaszcza, że problemem były też liczne programy społeczne, które rząd finansował z petrodolarów.

Era Maduro

Wenezuela od lat była państwem socjalistycznym. Tak było za Hugo Chaveza, taka linia polityczna była kontynuowana przez Nicolasa Maduro, który objął urząd prezydenta Wenezueli w 2013 roku i chciał „socjalizmu XXI wieku”. Jak łatwo się domyślić, polityka Maduro na pewno nie polepszyła sytuacji. Zbiegło się więc w czasie kilka czynników – „przejadanie” zapasów, narastający ostracyzm Zachodu, zwiększone koszty wydobycia ropy. W 2018 roku gwoździem do trumny okazał się globalny kryzys cen ropy. Należy jednak pamiętać, że był to tylko gwóźdź – kryzys państwowy narastał już wcześniej. Inflacja zaczęła rosnąć w szaleńczym tempie. Zaczęło się coś, co znamy z telewizyjnych ekranów – pieniądze tak szybko zaczęły tracić na wartości, że zaczęły nawet zalegać na ulicach. Po prostu nie były już nic warte. Zaczął się chaos społeczny. Ludzie masowo opuszczali kraj, a ci, którzy zostawali, dopuszczali się często licznych przestępstw. Najczęściej kradzieży. Ale nie pieniędzy, tylko na przykład żywności.

Błędem Maduro było to, że nie potrafił zrezygnować z władzy. I nie chodzi wcale o wielotysięczne protesty (w których zginęło co najmniej kilkadziesiąt osób). Prezydent Wenezueli (i premier w jednej osobie) był na tyle uparty, że w styczniu 2019 wystartował w wyborach prezydenckich. Po uprzednim unicestwieniu (nie w sensie dosłownym) swojej politycznej konkurencji.

Wprawdzie, by być sprawiedliwym, trzeba przyznać że Wenezuelczycy nie od razu otworzyli oczy. Wielu z nich przez długi czas popierało Maduro, nawet w momencie, gdy stało się jasne, jaka jest skala kryzysu. Obecnie jednak wydaje się, że wokół Maduro zostało już niewielu wiernych ludzi. Część armii miała przejść na na stronę lidera opozycji, Juana Guaido. Szykuje się przewrót w Wenezueli. Ale tym razem nie na słowa. To już realna groźba wojny domowej.

Rozdźwięk

Maduro zresztą, jakby tego było mało, zdecydował się na pogłębienie rozdźwięku między Wenezuelą a szeroko pojmowanym Zachodem. A przede wszystkim – między Wenezuelą a USA, które nigdy nie miały, mówiąc delikatnie, wzorowych stosunków. Maduro zerwał je jednak całkowicie, a Trump ogłosił, że za prezydenta Wenezueli uznaje Juana Guaido. Wiele państw europejskich zresztą również opowiedziało się po stronie opozycjonisty. Maduro został osamotniony. O ile samotnym można nazwać człowieka, który ma za sobą poparcie Rosji i Władimira Putina.

Guido natomiast zrobił się na tyle zuchwały, że sam ogłosił się głową państwa, a w dodatku zaczął przebąkiwać coś o interwencji USA. Moskwa z kolei wyraźnie potępiła czyn Guaido, nazywając go próbą uzurpacji władzy. Przez chwilę wydawało się, że przewrót w Wenezueli dokona się już wtedy, ale ostatecznie stanęło na dwuwładzy.

Już na tym etapie sytuacja w Wenezueli przybrała wymiar międzynarodowy. Z drugiej strony, przybrała go już co najmniej kilka lat temu, i to właściwie na życzenie Zachodu. Tyle tylko, że w mniejszym wymiarze.

Przewrót w Wenezueli

30 kwietnia świat obiegła informacja, że część wojska przyłączyła się do Juana Guaido. Opcje są dwie – albo Maduro sam ustąpi, albo opozycjonista rozpęta wojnę domową. Bo że jest do tego zdolny, nie należy wątpić (zwłaszcza pamiętając o pogróżkach zaangażowaniu USA w konflikt). Inna sprawa, że o tym, że do Guaido przyłączyła się część armii ma świadczyć nagrany przez niego filmik. W tle, za nim, stoi kilku wojskowych. Maduro natomiast twierdzi, że od swoich dowódców otrzymał zapewnienie o lojalności. Opozycjonista wzywa również Wenezuelczyków do wyjścia na ulicę i na 1 maja zapowiada największy protest/marsz w dziejach Wenezueli. Agencja Reuters twierdzi, że w Caracas jest szczególnie niespokojnie, wybuchają zamieszki na ulicach. Pojazdy armii miały wjechać w tłum.

Co dalej?

Czy przewrót w Wenezueli jest realny, czy raczej utrzyma się stan dwuwładzy? Tego nie wiadomo. Sytuacja w Syrii pokazuje, że nieznośny stan może utrzymywać się naprawdę długo, a napięcia społeczne wcale nie muszą przybliżać do ostatecznego rozwiązania sytuacji. Pewne jest natomiast to, że o ile kryzys na rynku ropy naftowej przyspieszył kryzys w Wenezueli, to można było się spodziewać, że prędzej czy później do niego dojdzie. Inna sprawa, że w niewesołej sytuacji znajduje się spora część Ameryki Południowej, której na pewno nie pomaga strategia polityczna Donalda Trumpa. Już wkrótce może się zatem okazać, że kryzys rozleje się poza granice Wenezueli, choćby na takie kraje jak Honduras czy Nikaragua (które od lat trawione są wojną).