„Konkordat daje prawo do używania nawet mocnych słów w obronie wiary”. Sąd oddalił pozew za słowa arcybiskupa Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”

Państwo Zbrodnia i kara dołącz do dyskusji (201) 11.12.2020
„Konkordat daje prawo do używania nawet mocnych słów w obronie wiary”. Sąd oddalił pozew za słowa arcybiskupa Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”

Rafał Chabasiński

Arcybiskup Marek Jędraszewski naraził się środowisku LGBT, mówiąc o „neomarksistowskiej” i „tęczowej zarazie”, która „chce opanować nasze dusze, serca i umysły”. Pewna prywatna osoba wytoczyła przeciwko niemu powództwo cywilne. Sprawa arcybiskupa Jędraszewskiego zakończyła się oddaleniem pozwu. Co ciekawe: sąd powołał się na konkordat.

Sprawa arcybiskupa Jędraszewskiego to idealny przykład przenikania się religii z polityką w polskim Kościele

Krakowski metropolita Marek Jędraszewski stał się niewątpliwie jedną z twarzy bardziej konserwatywnej części polskiego Kościoła Katolickiego. Tej bardzo silnie związaną z prawicą, o ostentacyjnie wręcz patriotycznym charakterze. Nie powinno nikogo dziwić, że takie nastawienie stawia często arcybiskupa na kursie kolizyjnym ze środowiskami kojarzonymi w Kościele z lewicą.

Podczas mszy świętej z okazji 75 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego metropolita w trakcie kazania odniósł się do sprawy ideologii LGBT. Ściślej mówiąc, pojawiły się nie tylko sformułowania o „neomarksizmie”, ale także o „tęczowej zarazie”. Ta, występująca obecnie zamiast tej „bolszewickiej”, ma na celu „opanować dusze, serca i umysły” Polaków. Siłą rzeczy, chodziło o przedstawienie wiernym środowiska LGBT w bardzo negatywnym świetle. Nic dziwnego, że ktoś poczuł się na tyle mocno, by skierować sprawę do sądu.

Teraz, jak podaje portal Gazeta.pl, krakowski Sąd Okręgowy oddalił pozew. Sprawa arcybiskupa Jędraszewskiego jest jednak ciekawa nie z powodu samego rozstrzygnięcia. To, biorąc pod uwagę język dzisiejszej debaty publicznej, było raczej do przewidzenia. Bardzo interesujące jest ustne wyjaśnienie motywów. Sąd bowiem powołał się w nim na… konkordat.

Konkordat nie nadaje duchownym żadnych specjalnych uprawnień rozszerzających ich wolność słowa i głoszenia poglądów

Sędzia prowadzący sprawę uznał, że „konkordat daje prawo do używania nawet mocnych słów w obronie wiary”. Zapewnia bowiem autonomię w głoszeniu wiary i jej nauczaniu. Jednocześnie na duchownym ciążył obowiązek wynikający z kodeksu kanonicznego by tej wiary aktywnie bronić.

Nie sposób nie zauważyć, że prawo kanoniczne – a więc zbiór wewnętrznych regulacji Kościoła Katolickiego – nie stanowi w Polsce źródła obowiązującego prawa. Konkordat z kolei jest ratyfikowaną umową międzynarodową pomiędzy władzami naszego kraju a Stolicą Apostolską.

Żaden z jego przepisów nie daje duchownym specjalnych uprawnień do znieważania innych grup społecznych. W całej umowie nie ma żadnego odniesienia do języka, jakim mogą posługiwać się duchowni. Zwłaszcza w związku z przepisami prawa karnego czy przepisów o ochronie dóbr osobistych.

Rzeczywiście, konkordat w Polsce zawiera potwierdzenie autonomii – nie tylko Kościoła, ale obydwu stron umowy. To jednak zbyt mało, by wyciągać z niego daleko idące wnioski o jakiejś szczególnej ochronie prawnej duchownych przed konsekwencjami wypowiadanych przez nich słów.

Sędzia krakowskiego sądu najwyraźniej uznał, że z konkordatu wynika szczególna ochrona tego, co duchowni mówią w trakcie nabożeństw

Sprawa arcybiskupa Jędraszewskiego stawia więc pytania o charakter relacji pomiędzy państwem a Kościołem. W szczególności zaś o to, czy istnieje jakaś granica tego, co organy tego pierwszego są gotowe puścić płazem tego drugiego. Przynajmniej gdy chodzi o nadużywanie wolności słowa. Jakby nie patrzeć, Konstytucja – akt prawny nadrzędny także względem konkordatu – przewiduje równość każdego względem prawa.

W tym przypadku z całą pewnością szczególną wyrozumiałość sądu można wywodzić z art. 1 konkordatu. Skoro metropolita krakowski swoją tyradę wygłosił w trakcie nabożeństwa, to możemy domniemywać, że jest to jakaś część sprawowania kultu religijnego. Zwłaszcza jeśli dodamy do tego dostrzeżony przez sąd nakaz obrony wiary.

Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że kazanie arcybiskupa Jędraszewskiego miało charakter bardziej polityczny niż religijny. Oficjalne nauczanie Kościoła w sprawie homoseksualizmu jest dość złożone. Zakłada oczywiście potępienie samego grzechu, jednak niekoniecznie już systemową dyskryminację grzesznika. Na to nakłada się jawna niechęć względem tzw. ideologii gender, w Polsce utożsamianej z lokalnym wynalazkiem prawicy w postaci „ideologii LGBT„.

Czy więc duchowny przemawiający z ambony uzyskuje immunitet, gdy przychodzi do egzekwowania ochrony dóbr osobistych innych osób? Ponownie: nie istnieje żaden przepis, który zapewniałby kapłanom, niezależnie od wyznania, większą swobodę wyrażania swoich poglądów niż w przypadku innych obywateli naszego kraju.

Gdyby nie osobliwe uzasadnienie, sprawa arcybiskupa Jędraszewskiego właściwie nie byłaby niczym nadzwyczajnym

Warto jednak pamiętać, że samo rozstrzygnięcie nie jest bynajmniej zaskakujące. Gdyby sprawa arcybiskupa Jędraszewskiego skończyła się w taki sam sposób, ale w oparciu o przesłankę niestwierdzenia naruszenia dóbr osobistych powoda przez sąd, to niniejszy tekst najpewniej by nie powstał.

Słowa metropolity z całą pewnością mogły być przykre dla osób LGBT. Zapewne nie powinny paść z ust kapłana, choć wielu przedstawicieli polskiego Kościoła z takim stwierdzeniem by się nie zgodziły. Wśród dóbr osobistych wymienionych wprost przez art. 23 znajduje się także cześć każdego człowieka. Jednakże trzeba cały czas pamiętać, że wypowiedź o „tęczowej zarazie” stanowiła element dyskursu politycznego. Swoboda wyrażania poglądów również stanowi wartość chronioną konstytucyjnie.

Arcybiskup Jędraszewski ma prawo krytykować zjawiska, które mu się nie podobają. Ochrona dóbr osobistych przysługuje zaś konkretnym osobom, nie zbiorowościom. W tej sytuacji łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której powodowi nie udałoby się udowodnić przed sądem, że metropolita swoją wypowiedzią zagroził akurat któremuś z jego dóbr osobistych. Tym bardziej że – niestety – tego typu wypowiedzi w naszym kraju stanowią obecnie smutną normę. Skądinąd, obrażanie przeciwników politycznych to domena nie tylko ludzi prawicy.

Nie zmienia to jednak faktu, że opieranie rozstrzygnięcia sądu o nieistniejące w polskim prawie regulacje jest czymś, co nie powinno się zdarzyć. Być może prowadzący rozprawę sędzia powiedział po prostu o kilka słów za dużo w trakcie ustnego motywowania wyroku? Warto poczekać do momentu aż sprawa arcybiskupa Jędraszewskiego zakończy się prawomocnym rozstrzygnięciem.