Opłata za chodzenie po chodniku. To nie żart, w jednym z polskich miast naprawdę tak jest

Codzienne Na wesoło dołącz do dyskusji (112) 13.01.2020
Opłata za chodzenie po chodniku. To nie żart, w jednym z polskich miast naprawdę tak jest

Edyta Wara-Wąsowska

Opłata za chodzenie po chodniku może brzmieć jak żart, jednak faktycznie istnieje – jest pobierana w Zielonej Górze. Taką opłatę wprowadził prezes jednej ze spółdzielni mieszkaniowych. Zarząd wysyła mieszkańcom wezwania do zapłaty. 

Opłata za chodzenie po chodniku w Zielonej Górze

Mieszkańcy spółdzielni mieszkaniowej „Kisielin” mogą poczuć się jak bohaterowie kiepskiej komedii rodem z PRL-u. Już od jakiegoś czasu otrzymują od zarządu spółdzielni wezwania do zapłaty. Nie dotyczą one jednak np. niepłaconego czynszu, ale… korzystania z chodnika.

Jak donosi Polsat News, zadłużenie niektórych mieszkańców z tego tytułu sięga już kilkunastu tysięcy złotych. Co ciekawe, niektórzy mieszkańcy otrzymują wezwanie do zapłaty także za korzystanie z parkingu – mimo że nawet nie posiadają samochodu. Lokatorzy są przekonani, że taki ruch ze strony prezesa i całego zarządu spółdzielni to swoista kara dla osób, które wykupiły mieszkania na własność.

To zresztą nie jedyne roszczenia spółdzielni. Okazuje się, że zarząd zdecydował się również na pozwanie… władz miasta. Chodziło o chwilowy postój samochodów rodziców, którzy podwozili swoje dzieci do szkoły znajdującej się na tym osiedlu. Zarząd spółdzielni pozwał za to władze miasta, żądając zapłaty niemal miliona złotych. Jak łatwo się domyślić, to absurdalne roszczenie nie zostało jednak uznane przez sąd, który odrzucił roszczenia spółdzielni. Warto zresztą zaznaczyć, że odbyła się już też pierwsza sprawa, gdzie to lokator pozwał zarząd za absurdalne wezwania do zapłaty. Spółdzielnia przegrała także i tę sprawę. Nie ostudziło to jednak zapału zarządców „Kisielina”. Opłata za chodzenie po chodniku nadal jest naliczana, chociaż nie wiadomo właściwie, na jakiej podstawie i czy faktycznie tylko tym mieszkańcom, którzy wykupili mieszkania na własność.

Absurdalne decyzje spółdzielni mieszkaniowych są coraz częstsze

To nie pierwszy absurd z zarządem spółdzielni mieszkaniowej w roli głównej (chociaż trzeba przyznać, że chyba pierwszy aż tak dotkliwy – pod względem finansowym – dla mieszkańców).

Pozostając w temacie chodnika, warto na przykład wspomnieć spółdzielnię mieszkaniową z Lubonia, która na jednym z osiedli zakazała chodzenia po chodniku, stawiając na nim odpowiedni znak. Wszystko dlatego, że nie było pieniędzy na jego remont. Ponadto spółdzielnia przekonywała, że w zasadzie nie był to chodnik, a jedynie utwardzona droga, która powstała tylko po to, by chronić instalację ciepłowniczą. A wszystko zaczęło się od tego, że jedna z mieszkanek osiedla, podczas przejścia chodnikiem/utwardzoną drogą potknęła się na nierównościach i poturbowała. I wystosowała do spółdzielni apel o remont odcinka. Jedyną odpowiedzią był zakaz (do którego zresztą dołączył później drugi).

Inny, głośny całkiem niedawno absurd, dotyczył… zakazu prania wydanego przez spółdzielnię w Krakowie. Mieszkańcy nie mogli prać, odkurzać czy hałasować w jakikolwiek inny sposób w określonych godzinach.

Okazuje się zatem, że zarządy niektórych spółdzielni wręcz słyną z absurdalnych decyzji. Istnieje jednak duża szansa, że spółdzielnia z Zielonej Góry – przynajmniej na jakiś czas – pozostanie w tej materii liderem.