Przeczytałem dziś (początkowo świetny) wywiad o pokoleniu Magdy M., który wyjaśnia czemu nigdy nie będzie poważnej lewicy w Polsce

Gorące tematy Państwo Podatki Społeczeństwo dołącz do dyskusji (308) 23.09.2018
Przeczytałem dziś (początkowo świetny) wywiad o pokoleniu Magdy M., który wyjaśnia czemu nigdy nie będzie poważnej lewicy w Polsce

Udostępnij

Jakub Kralka

Bardzo spodobało mi się określenie „pokolenie Magdy M.”. Prawdę powiedziawszy mam wrażenie, że sam je kiedyś uknułem, bo fenomen popularności tego serialu zbiegł się z początkiem moich studiów prawniczych.

I faktycznie były koleżanki na roku, które nie kryły się, że są tutaj – co tam Ulpian – bo chcą być jak Magda M. Gdy poszliśmy z kolegami do klubu i czuliśmy się w obowiązku poinformować zebrane towarzystwo o tym, co studiujemy (zboczenie studencko-zawodowe), jedna z dziewczyn w tłumie dopytywała następnie przez cały wieczór czy znamy Małaszyńskiego. Takie to właśnie były czasy i pokolenie, gdy ten magiczny świat telewizji zaczął podnosić nasze oczekiwania, jak również poziom rozczarowania.

Pokolenie Magdy M.

Cezary Pazura swoją rolę w TVN-owskim serialu “Aż po sufit” zaczyna od refleksji, że jest nieudacznikiem życiowym, ponieważ przez 40 lat życia dorobił się na etacie elektryka jedynie trzykondygnacyjnej willi gdzieś w centrum Sopotu – pisałem parę lat temu na Spider’s Web. Nikt już nie chciał oglądać Karola i Norka w rozpadającej się kamienicy na Woli. I wierzę, że to zmieniło nasze społeczeństwo, które dziś – szczególnie na szczeblu warszawskim – gardzi poczciwym kebabem, wsuwając wakame zakrapiane sojową latte.

Od rana czytam wywiad Wojciecha Staszewskiego z Maciejem Gdulą, opublikowany na łamach Gazety Wyborczej. Niby Maciej Gdula – ur. w 1977 r., socjolog, członek zespołu „Krytyki Politycznej”, a jednak jest to czytadło nad wyraz miłe. Moim zdaniem trafnie diagnozuje wiele problemów współczesnego społeczeństwa. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony treścią tej rozmowy i nawet zacząłem w trakcie lektury rekomendować ją znajomym. Ucieszyło mnie, że ja – człowiek z portretem Miltona Friedmana nad łóżkiem – jestem w stanie znaleźć wspólny język ze środowiskami lewicowymi. Gdula trafnie zauważa m.in., że:

Klasa wyższa była (…) tak blisko, że gdyby ktoś się postarał, toby do niej doskoczył. A teraz widać: guzik prawda, może skakać całe życie i najwyżej doskoczy do mieszkania za milion. (…) Ten cały krytyczny dystans do elit pozwala poczuć dumę ze średniości. Tamci mają więcej? Mają. Dlaczego? „Nakradli, bo uczciwie nie da się tego zdobyć”. To pozwala zachować klasie średniej godność. „Jeżeli nie możemy zdobyć tego apartamentu, to przynajmniej możemy pogardzać tymi, którzy go mają”.

albo

Istotne jest też, że zmieniły się lęki ludzi. Jaki jest główny lęk bohaterów serialu? Że się nie znajdzie partnera, nie przyjdzie miłość, nie będzie można zrealizować prywatnych marzeń. A dzisiaj obawy dotyczą raczej kwestii społecznych: czy w ogóle ten model jest do zachowania, czy Unia przetrwa, czy będzie wojna, czy zaleją nas uchodźcy. Podstawowe pytanie: czy jesteśmy w stanie nadal wieść spokojne życie?

albo

PiS prowadzi symbolicznie krucjatę z elitami, pozbywając się przy okazji ludzi z publicznych instytucji, ale równocześnie nie tyka biznesu. Może dlatego, że „dają pracę, rozwijają kraj”. A może to tylko czasowe odroczenie, bo musi najpierw załatwić prawników i media.

To – i jeszcze kilka – są naprawdę trafne diagnozy sytuacji w Polsce.

I w tym momencie lewicowy publicysta odpina wrotki

Mój dobry przyjaciel powiedział kiedyś takie oto słowa – lewica często ma dobrą diagnozę, po czym przeciwstawia jej kompletnie porąbane lekarstwa. Jeśli ktoś mu nie wierzy, to wywiad z Gazety Wyborczej jest żywą ilustracją tej tezy.

Bo tu pan Maciej Gdula odpina wrotki. Że coś z wywiadem będzie nie tak, spodziewałem się już w momencie, gdy odpytywany wyjaśnił, że dekadę temu zarzucano mu jaskiniowy socjalizm. I oto na przykład dysproporcję pomiędzy bogaczami, a uboższymi, chce leczyć wprowadzając… limity wylatanych kilometrów. Tak jest, w utopii Macieja Gduli obywatel nie może latać za dużo samolotem, by nieuprzywilejowanym nie było smutno. Zacytuję, bo pewnie myślicie, że zmyślam:

Co pan proponuje?
– Moim zdaniem są dziś dwie drogi. Albo będziemy wprowadzać wspólne ograniczenia, albo dokonywać redystrybucji.

Jakie ograniczenia?
– Można na przykład przemyśleć limit na podróże lotnicze.

Co???
– Limit na podróże lotnicze. Żeby nie było tak, że każdy lata tyle, ile ma pieniędzy, tylko każdy ma ileś tam kilometrów do wylatania w roku. Nie wiem 15 tys. km na przykład. Jak jest bogaty i wylatał, to koniec, niech jedzie samochodem.

Ale pan pojechał!
– To buduje pewne poczucie, że jedziemy na tym samym wózku. Oczywiście też likwidacja private jetów i takich badziewi. Wszyscy mamy to samo, wszyscy mamy ograniczenia. To jest bardzo łatwe do przeprowadzenia.

„Ale pan pojechał!” stwierdza dziennikarz Gazety Wyborczej, który zdecydowanie nie sprawia wrażenia wyrwanego wprost z kongresu kolejnej partii Janusza Korwin-Mikke. Potem pan Maciej Gdula prowadzi jeszcze cały dowód anegdotyczny, w którym wyjaśnia, że on też czasem lata samolotem i to nie zawsze jest potrzebne. Warto podkreślić, że bohater rozmowy nie jest radykałem:

Zaraz mi pan powie, że trzeba ograniczyć metraż mieszkań, np. do 70 m, a do większych robić dokwaterowania.
– Nie jestem aż tak radykalny.

Ale jeśli nie ograniczenia, które – z ręką na sercu – nie wiem co mogłyby mieć na celu (ale to zawsze ciekawa koncepcja, gdy w jakimś projekcie równa się do poziomu najmniej wybitnych elementów zbiorowości), to może redystrybucja? I tutaj pan Gdula ma swoją bardzo ciekawą koncepcję:

10 tys. zł podatku?
– Powiedzmy, że jak przekroczymy w zarobkach 120 tys. rocznie, to ten naddatek mógłby być opodatkowany w okolicach 50 proc., czyli wychodziłoby w miesiącu około 5,5 tys.

Pan Gdula trafnie zauważa problemy społeczne, ale na etapie sygnalisty jego rola publiczna powinna się kończyć, ponieważ proponując rozwiązania ośmiesza swoją skądinąd wartą rozważenia teorię „Magdy M.”. Wprowadzanie podatku 50 proc. od zarobków powyżej 10 tysięcy złotych robi dokładnie to, co krytykował przez całą pierwszą część rozmowy – buduje szklany sufit. Permanentną niemożność dogonienia osób bogatych przez klasę średnią.

Bo tak, w moim przekonaniu 10 000 złotych miesięcznie to dobra pensja, ale to nadal jest tylko klasa średnia, nawet nie sądzę, by ta wyższa klasa średnia. Znam masę osób, które zarabiają takie pieniądze. Żeby tyle zarabiać, trzeba nieustannie w siebie inwestować, koszty życia w mieście stwarzającym takie warunki zarobkowe są nieporównywalnie większe, niż w takiej na przykład Rawie Mazowieckiej. Większość z nich ma kredyt z żoną na swoje pierwsze mieszkanie, single raczej bez kredytu, bo to za duże ryzyko i na komfortową spłatę jeszcze ich nie stać. Podkreślam – znam masę osób zarabiających powyżej 10 000 złotych miesięcznie, których stan posiadanych nieruchomości to w najlepszym wypadku kredyt na 30 lat, podczas gdy bezrobotny bej z warszawskiej kamienicy, któremu niedawno zmarły dwie babki, ma dwa mieszkania w centrum Warszawy.

Oczywiście skrajne sytuacje, przypadki losowe, ale po raz kolejny kreśli nam się wizję socjalizmu, która wcale nie bije w mitycznych bogaczy, tylko w ludzi najbardziej napinających, by siebie (i przy okazji budżet państwa) podciągnąć nieco bardziej do góry. Oni jeszcze się nie optymalizują, nie mają karuzel, nie żyją w rajach podatkowych.

Tak więc, jak przytacza pan Gdula:

Dopiero później na korytarzu przyszedł do mnie młody chłopak i mówi: „Ja będę dziedzicem fortuny i nie powiedziałem tego na sali, bo by mnie zjedli, ale nie wiem, dlaczego ja mam odziedziczyć taki majątek. Znam ludzi inteligentniejszych ode mnie, którzy muszą walczyć o przeżycie”.

Jest naprawdę cała masa osób walczących o przeżycie, nawet przy zarobkach przekraczających 10 000 złotych miesięcznie. Zwłaszcza, że spora część z nich to przedsiębiorcy, a z przedsiębiorcą jest niestety tak, że jest tak dobry, jak jego ostatnia faktura. Droga na samo dno wcale nie jest jakaś przesadnie długa.

Wszystkie powyższe akapity modelowo mnie oczywiście brzydzą. Wyjaśniam panu Gdule, że popada w pętle braku logiki nawet w swoim własnym wywiadzie, jednak robię to, w czym lewica się lubuje, a ja osobiście brzydzę – grzebię prywatnym ludziom w ich zarobkach i śmiem podejmować się oceny czy na nie zasługują. Oczywiście odpowiedź może być tylko jedna: jeśli robią to legalnie, to zasługują, nawet jeśli miesięcznie jest to nie 10 000 złotych, a miliony.

W dalszej części rozmowy, bohater wywiadu na szczęście bierze głęboki oddech i znów wraca do rytmu w miarę trafnych diagnoz społecznych.

Gdy Magda M. spotyka Adriana Z.

Zgadzam się z tym, że mamy w społeczeństwie dysproporcje finansowe. Zastanawiam się jednak na ile jest to naturalny mechanizm społeczny, wręcz stymulujący rozwój cywilizacyjny. Próba zatarcia tych dysproporcji w latach 1945-1989 stworzyła wyłącznie przyczynę naszych dzisiejszych problemów: roszczeniowe jednostki, które nie czują się suwerennymi bytami gotowymi do brania odpowiedzialności za własne życie, oczekującymi wsparcia od państwa w swojej nieporadności i głupich decyzjach (np. przejawiających się w postaci budowania domów w korytach rzeki).

Moim zdaniem cierpimy podwójnie, bo jesteśmy społeczeństwem biednym, które niedawno przez blisko pół wieku kolejny raz nieudolnie próbowało wdrażać socjalizm. Zamiast gonić dziś świat zachodni, oglądamy się na amerykańskie seriale (i polskie seriale w amerykańskim stylu). Zamiast korzystać z tego, że być może trochę się tam pogubili, rozdają pieniądze swoim i nieswoim obywatelom, my też zaczynamy rozrzucać te nasze miedziaki, nie inwestując ich w gonienie rywali. Może nie wszystkie z naszych dzieci zobaczyłyby w tym roku morze, ale za 20-30 lat bez kompleksów mogłyby latać w pierwszej klasie obok niemieckich emerytów z Neckermannem. Niewykluczone, że polecą tylko najbardziej zaradni („bogacze!!!”), a pozostali – tak jak teraz – będą musieli się zadowolić pocztówkami z wakacji.

Mogłyby latać lub nie mogłyby, bo to w dużej mierze zależy od tego czy pan Maciej Gdula i jego recepty np. na limit połączeń lotniczych (nawet jeśli to tylko intelektualna gra, to głupia) zostaną wdrożone. Z wielkim niepokojem przyjąłem do wiadomości, że ktoś taki doradza Robertowi Biedroniowi, torpedując jego projekt polityczny u samych podstaw.

Co gorsza, tacy ludzie to nie są indywidualne popisy intelektualne w wywiadach Gazety Wyborczej. Jest ich sporo, coraz więcej, trzymają się razem i wzajemnie zapewniają, że ich tezy nie tylko nie są głupie, bezczelne, ale wręcz słuszne. Mają nawet swoją partię: Partię Razem. Z mojej strony był to tzw. rak wczesnego rozpoznania, ostrzegałem przed nim już w 2015 roku. Pamiętajcie przy urnach wyborczych, że to wcale nie są tacy fajni, młodzi, postępowi ludzie od rowerów miejskich. To astronomiczny podatek, dla każdego kto ma choć minimalne ambicje i ideologowie z pomysłami na reglamentację podróży samolotem.