Abandonware – pojęcie na gruncie prawa niemal tak samo legendarne i wypaczone przez internautów jak mityczne „empetrójki”, które na dysku legalnie można przechowywać jedynie przez 48h. Nie mniej zresztą fikcyjne, bo jako takie nie istnieje w żadnym znanym mi ustawodawstwie świata. Mało kto ma też dobry pomysł jak w ogóle je definiować. 

Biorąc pod uwagę popularność i skalę rozpowszechnienia określenia „abandonware”, być może należałoby włączyć je do dyskusji ze względów czysto doktrynalnych. Co niniejszym czynię. Choć jego założenia nie znajdują reprezentacji w porządkach prawnych, jako pojęcie popkultury zbiorczo określa sporą grupę programów, które najczęściej z racji swojego wieku i zaistniałych po drodze okoliczności zostały porzucone przez ich twórców. Chciałbym jednak, raz jeszcze, wyraźnie podkreślić, że z punktu widzenia prawa słowo „abandonware” ma mniej więcej taki sam autorytet co „demotywatory”.

Żeby nie przypisywać przesadnej doniosłości prawnej określeniom różnych licencji oprogramowania, warto nadmienić, że do tego grona często zalicza się choćby beerware – licencję zezwalającą na nieodpłatne korzystanie z aplikacji pod warunkiem postawienia piwa jej autorowi w przypadku ewentualnego spotkania. Te licencje i ich nazwy to w większości tylko umowny i skrótowy sposób określania warunków dystrybucji. Nie jestem zwolennikiem wymieniania abandonware w tej samej linii co shareware czy freeware, tzn. jako jednej z alternatyw licencyjnych oprogramowania (robi to m.in. Wikipedia). Abandonware jest w istocie raczej określeniem braku adekwatnej licencji, stanu niepewności co do statusu programu.

Co kryje się pod pojęciem „abandonware”?

Oprogramowanie porzucone przez twórcę, niedostępne w sprzedaży detalicznej, do którego nie są dochodzone autorskie prawa majątkowe. Już sama definicja wzbudza wiele wątpliwości. Można spotkać się z popularnym poglądem, iż jest to rodzaj oprogramowania, którym przestali się opiekować jego twórcy (lub ich następcy, wydawcy, itd.) – zaniechano rozwoju, aktualizacji, opieki technicznej. W świetle dyskusji o prawie autorskim operowanie takim pojęciem abandonware jest jednak zdecydowanie nieperspektywiczne dla stworzenia konstruktywnych wniosków. Autor programu nie ma wynikającego z mocy ustawy obowiązku opiekowania się nim pod rygorem utraty lub ograniczenia przysługujących mu do niego praw. Amerykanie bardzo sensownie rozróżniają jeszcze abandonware od „produktów porzuconych„. W tym drugim wypadku zaniechanie rozwoju jest świadomą i wyrażoną wprost decyzją, co oczywiście nie pozbawia twórców prawa do ochrony takiego programu, nie ma natomiast tego elementu niepewności.

Ta podstawowa definicja, w zależności od okoliczności i poglądów definiującego, jest jednak rozbudowywana o kolejne elementy składowe, nakładające bardziej rygorystyczne wymogi, by produkt można było klasyfikować jako „abandonware”. Są nimi – nieobecność oprogramowania w legalnych kanałach sprzedaży i wreszcie – brak działań po stronie twórcy lub innej instytucji posiadającej stosowne prawa, polegających na dochodzeniu roszczeń z tytułu naruszenia praw autorskich lub sygnalizowania możliwości takiej reakcji. Ale nawet i ten fakt nie pozbawia autora możliwości podjęcia kroków dopiero w sytuacji, gdy uzna to za stosowne.

Dzieła osierocone i pomysł Kanady

Jakkolwiek każdy z powyższych wariantów, niezależnie od objętości definicji, czasami prezentowany jest jako wyjaśnienie pojęcia „abandonware”, być może najbardziej właściwym ujęciem byłaby sytuacja, w której twórca nie dochodzi swoich praw autorskich, gdyż nie jest w stanie ich dochodzić (bo np. już nie istnieje) lub też nie sposób poprawnie go zidentyfikować. Taka sytuacja znajduje odzwierciedlenie w przepisach prawa amerykańskiego, europejskiego, a od pewnego czasu w bardzo ograniczonym zakresie, bo niedotyczącym oprogramowania,  także polskiego.

Chodzi tu o dzieła osierocone (orphan works), czyli utwory prawdopodobnie wciąż objęte ochroną prawa autorskiego, ale w przypadku których identyfikacja posiadacza tych praw nie jest możliwa. Jednolite europejskie ustawodawstwo (choć poszczególne kraje podejmowały w tej materii swoje własne starania, Węgry były nawet blisko wypracowania sensownego rozwiązania) przyjmuje dość neutralny model,  opiekę nad takimi utworami przyznaje instytucjom kulturalnym (np. muzeom, bibliotekom), które od kilkunastu miesięcy mogą ponadto upubliczniać te utwory drogą elektroniczną, o ile wcześniej spełniły szereg biurokratycznych procedur i mimo dołożenia należytej staranności nie odnalazły posiadacza praw autorskich.

Najciekawiej rozwiązano ten problem w Kanadzie, gdzie w toku podobnej do europejskiej procedury każdy, nie tylko instytucja publiczna, może wykazać, że odnalezienie twórcy nie jest możliwe, a następnie decyzją specjalnego urzędu (Copyright Board of Canada) ma prawo uzyskać licencję na korzystanie z utworu. Wynikająca z tamtejszej ustawy inicjatywa wystartowała w 2008 roku, na chwilę obecną udzielono 277 licencji, a 10 razy decyzja miała charakter odmowny.

Piszę o dziełach osieroconych, ponieważ w mojej ocenie w tym właśnie kierunku trzeba będzie interpretować również abandonware. Niestety, europejskie ustawodawstwo nie jest w tej materii aż tak liberalne jak w Kanadzie. Zdaje się, że jego głównym priorytetem jest zabezpieczanie dóbr kultury, co oczywiście też ma liczne zalety.

Abandonware i tak  jest nielegalne

W polskim prawie najbliżej pojęcia „abandonware” leżała prawnomorska instytucja abandonu statku. Niestety abandonware jako takie, nie licząc dzieł osieroconych, nie zostało dotąd omówione już nawet nie tylko na gruncie rodzimych przepisów, ale i doktryny, a i te zachodnie nie poświęcają mu szczególnej uwagi. W świetle przepisów polskiego (zresztą nie tylko polskiego) prawa oczywiście każda forma rozpowszechniania oprogramowania bez stosownej licencji stanowi naruszenie praw autorskich. Sytuacje, w których pojawiają się roszczenia ich twórców lub osób stosownie uprawnionych wydają się jak najbardziej prawdopodobne, od czasu do czasu spotykane, a powoływanie się przed sądem na szczególny status abandonware – pojęcia czysto literackiego – byłoby co najmniej niepoważną linią obrony.

Dlatego też należy być ostrożnym w przypadku starych aplikacji. Z drugiej strony – istnieje wiele programów, których autorzy nie odczuwają potrzeby respektowania swoich praw, o dziełach zapomnieli lub na skutek zawirowań rynkowo-wydawniczych nie wiadomo kto posiada prawa – i czy ktoś w ogóle. Z pewnością o tej grupie programów docelowo myśleli twórcy pojęcia abandonware. Rozsyłając takie aplikacje nadal naruszamy prawo autorskie, jednocześnie jednak musimy zdawać sobie sprawę z faktu, że prawdopodobnie nie będzie się to wiązało z żadnymi negatywnymi konsekwencjami.

Potrzebujesz pomocy? Zadaj pytanie...

Pomoc prawna w najtrudniejszej sytuacji już od 49 złotych!

Internauci inicjujący dialog o abandonware często powołują się na wynikający z przepisów prawa czas wygasania majątkowych praw autorskich. W mojej ocenie jeszcze przez przynajmniej kilkanaście lat wplatanie tego pojęcia do dyskusji czyni ją wyłącznie jeszcze bardziej chaotyczną, te przepisy nie miałyby zastosowania do teoretycznych programów działających na ENIAC, a co dopiero oprogramowania domowego, które masowo zaczęło się pojawiać dopiero na początku lat 80-ych. Ktoś mógłby powiedzieć, że w okolicy 2050 roku zaczną pojawiać się pierwsze „abandonware” z prawdziwego zdarzenia, choć – z drugiej strony – warto wówczas kontrować, że istotą abandonware jest właśnie fakt, iż prawa do programu jeszcze nie wygasły.

Mobilna rewolucja zatrzymała ambicje abandonware

Jeszcze przez kilka pierwszych lat XXI wieku istniało drobne, sentymentalno-społeczne przyzwolenie samych wydawców na pobieranie, a nawet rozpowszechnianie starych gier. Serwisy takie jak Home of the Underdogs święciły wtedy swoje największe tryumfy. Potem nastąpiła jednak mobilna rewolucja, telefony z kolorowymi wyświetlaczami, z czasem też smartfony i tablety stały się kapitalnym rynkiem na odkopywanie starych pomysłów i wydawanie ich w nowej formie. W tej sytuacji pojawiła się motywacja do mniej przychylnego spoglądania na abandonware, które – po pierwsze – mogło stanowić konkurencję. Po drugie – ruszyła także intensywna próba poszukiwania posiadaczy praw do produkcji „opuszczonych” tytułów, by następnie je odnowić i zacząć na nich zarabiać. Tutaj zresztą, prócz platform mobilnych, warto przy okazji wspomnieć polski serwis GOG.com, który restaurowaniem staroci  zajmuje się zawodowo i jest dzięki temu bardzo popularny także (a nawet: głównie) za granicą.

Abandonware to próba definiowania sieciowej rzeczywistości przez użytkowników internetu, to często też dobra, quasi-historyczna robota. Sama inicjatywa jest dość słuszna, choć – oczywiście – nie trwało to długo, by pojęcie na własny użytek zaczęli wypaczać piraci i osoby pozbawione przesadnego szacunku dla praw autorskich. Jeżeli abandonware zacznie iść bardziej w kierunku dzieł osieroconych, a nie metody usprawiedliwiania redystrybucji trudno dostępnych (lub po prostu starych) plików – może czekać je ustawowa przyszłość.

Wpis pierwotnie opublikowałem na łamach mojego bloga Techlaw.pl