Zatrzymania w Warszawie to objaw głębokiego kryzysu państwa. Można wręcz spytać: czy nasz kraj oszalał?

Gorące tematy Państwo dołącz do dyskusji (243) 09.08.2020
Zatrzymania w Warszawie to objaw głębokiego kryzysu państwa. Można wręcz spytać: czy nasz kraj oszalał?

Rafał Chabasiński

Przyrost zachorowań na koronawirusa drastycznie wzrósł, do przeszło 800 przypadków dziennie. Tymczasem cała Polska wciąż zdaje się żyć kampanijnym sporem o rzekomą „ideologię LGBT”. Ostatni jego akt stanowią zatrzymania w Warszawie. Obydwie strony politycznego sporu powinny zdać sobie sprawę z tego, że wybory prezydenckie już się odbyły.

W Polsce kampania wyborcza trwa najwyraźniej także długo po wyborach

Wydawać by się mogło, że po tegorocznych wyborach prezydenckich wreszcie nasz kraj ma szansę na odrobinę stabilności. Były nawet pewne przebłyski normalizacji po wieloletnim wyborczym maratonie. Rząd w końcu przestał zaprzątać sobie głowy swymi obietnicami i zabrał się za palące problemy, przed którymi Polska cały czas stoi.

Powrót do przedkampanijnej normalności to oczywiście nie tylko głośne mówienie o konieczności daleko idącej restrukturyzacji górnictwa. To także Jacek Kurski ponownie zostający prezesem Telewizji Publicznej. Skoro już po wyborach, to czemu właściwie rządzący mieliby nie przywrócić go na zajmowane wcześniej stanowisko, na którym się sprawdzał? Z ich perspektywy, ma się rozumieć.

Okazuje się jednak, że kampanijne emocje wciąż udzielają się społeczeństwu i politykom. Jak w końcu inaczej wyjaśnić fakt, że temat „ideologii LGBT” wcale nie zniknął po wyborach w taki sam sposób, jak piętnasta emerytura czy podtrzymanie drastycznych wzrostów płacy minimalnej?

Zatrzymania w Warszawie to tylko najnowsza odsłona sporu ciągnącego się długie miesiące

Niedawne zatrzymania w Warszawie to tak naprawdę przedłużenie tej samej nagonki, jaką mogliśmy zaobserwować w trakcie tej i poprzedniej kampanii wyborczej. Ktoś mógłby powiedzieć, że wszystko zaczęło się od „stref wolnych od LGBT”. Zasadniczo miałby rację. Trzeba jednak pamiętać, że ten pożałowania godny pomysł był jedynie reakcją na rzeczywiste prowokacje ze strony środowiska LGBT.

Przeplatanie symboli religijnych, w tym chociażby Matki Boskiej Jasnogórskiej czy nawet całej mszy świętej, z symboliką środowisk osób nieheteroseksualnych z całą pewnością prowokacją było. „Strefy wolne od LGBT” były odpowiedzią środowisk konserwatywnych. Konkretniej również prowokacyjną naklejką kolportowaną przez Gazetę Polską. Dopiero opór przed tą akcją sprawił, że strefy stały się zorganizowaną manifestacją ze strony samorządów kontrolowanych przez Prawo i Sprawiedliwość.

Teraz jednak samorządy manifestujące swoją niechęć do „ideologii LGBT” dostały po nosie od Unii Europejskiej. Ich wnioski o dotacje zostały z tego właśnie powodu odrzucone. Przynajmniej tak twierdziła unijna komisarz ds. równości. Jak jednak informuje Polsat News, pani komisarz bzdury plecie. Na pięć odrzuconych wniosków tylko jedna gmina faktycznie podjęła tego typu uchwałę.

Ważne jednak, że w świadomości prawej strony sceny politycznej, Unia Europejska karze Polskę za walkę z „ideologią LGBT”. Trafili się nawet prawicowi publicyści poważnie stwierdzający, że skoro Unia Europejska nie pozwala swobodnie prześladować gejów, to może czas z niej wystąpić.

O krok dalej poszło ministerstwo sprawiedliwości finansując ze swojego kieszonkowego na drobne wydatki, dla niepoznaki nazwanego „Funduszem Sprawiedliwości”, projekt przeciwdziałania przestępstwom pod wpływem ideologii LGBT.

Żylibyśmy w dużo lepszym kraju, gdyby organy ścigania traktowały wszystkie sprawy jak wykroczenie znieważenia pomnika

Tymczasem druga strona sporu, mając serdecznie dość urządzonej na nią kampanijnej nagonki, postanowiła zrezygnować z całkowicie pokojowych metod toczenia politycznego sporu. Prowokacja tym razem była całkiem otwarta. Tęczowe flagi zawisły na kilku warszawskich pomnikach i posągach, w tym niestety także na figurze Jezusa Chrystusa. Nasze państwo najwyraźniej postanowiło pokazać siłę.

Organy ścigania postanowiły potraktować tą sprawę śmiertelnie poważnie. Naprawdę trudno byłoby mieć pretensje, że państwo egzekwuje prawo. W tym wypadku mowa o art. 261 kodeksu wykroczeń, znieważeniu pomnika. Rzecz w tym, że prawo nie jest czymś abstrakcyjnym, zupełnie oderwanym od szerszego kontekstu sprawy.

W tym wypadku to samo państwo ostentacyjnie wręcz ignoruje sprawę chociażby zatajenia przestępstw pedofilskich przez jednego z hierarchów kościelnych. Nie wspominając o desperackich próbach zalegalizowania nieudolnych prób organizacji powszechnych wyborów korespondencyjnych, czy braku zainteresowania wyjaśnieniem nieprawidłowości przy zakupie sprzętu medycznego.

Zatrzymania w Warszawie budzą wątpliwości, jednak o areszcie dla aktywistki Margot zdecydował niezawisły sąd

Pod „oflagowaną” przez aktywistki figurą Jezusa Chrystusa znicz zapalił premier Mateusz Morawiecki. Ten bardzo szybko został przez nie przeniesiony na miejsce samobójczej śmierci . W efekcie figurę otoczył szpaler funkcjonariuszy policji a potem policyjnych samochodów.

Kulminacyjny moment stanowią ostatnie zatrzymania w Warszawie. Rzecznik Praw Obywatelskich chce wyjaśnić, dlaczego i na jakiej podstawie policja zatrzymała aż 48 osób. W końcu działania organów ścigania powinny jednak być proporcjonalne.

Warto przy tym przypomnieć, że samo zatrzymanie aktywistki grupy „Stop Bzdurom” dotyczy nie sprawy pomników. Chodziło o atak na furgonetkę fundacji „Prawo do Życia” obklejoną insynuacjami wymierzonymi w osoby homoseksualne. O zastosowaniu dwumiesięcznego tymczasowego aresztu zdecydował sąd.

Trudno byłoby pochwalać czy aprobować bicie ludzi i niszczenie cudzego mienia. Trzeba jednak zauważyć, że państwo nie powinno pozwalać na obecność tego typu haseł w przestrzeni publicznej. Tymczasem do tej pory raczej starało się chronić antygejowskie furgonetki – także z wykorzystaniem policji.

Kiedy rządzący i opozycja toczą wojnę ideologiczną, przyrost zachorowań na koronawirusa rośnie skokowo

Cały problem tkwi w tym, że zatrzymania w Warszawie dzieją się w momencie, gdy w Polskę uderza druga fala koronawirusa. Nie da się ukryć, że nasz kraj ma w tej chwili naprawdę poważne problemy. Dlaczego więc rządzący wylewają krokodyle łzy nad „agresją środowisk LGBT” i brną w ten skonstruowany na potrzeby kampanii wyborczej konflikt, choć ta już się skończyła?

Na dobrą sprawę, istnieje logiczne uzasadnienie. Konflikty światopoglądowe w Polsce zazwyczaj pełnią funkcję tematu zastępczego. Na miejscu Prawa i Sprawiedliwości bardzo bym nie chciał, żeby Polacy skojarzyli rosnący przyrost zachorowań z zapewnieniami polityków tej partii, że koronawirus już im nie grozi. Ze szczególnym uwzględnieniem samego premiera.

Tak samo to przecież rządzący, w przebłysku kampanijnego geniuszu, pozwolili na swobodną organizację wesel i rozluźnili wszelkie możliwe ograniczenia. Dlaczego jednak zaraz po zwycięstwie Andrzeja Dudy ich nie przywrócili? To trudno zrozumieć. Skoro można było ponownie zrobić Jacka Kurskiego prezesem TVP i wspomnieć głośno o „zamykaniu kopalń”, to ponowny zakaz organizacji wesel nie powinien być dla nich większą trudnością.

Jakkolwiek trudno mi potępiać środowiska LGBT za ich ostatnie działania, tak nie mogę zrozumieć czemu miałyby one służyć teraz. Chyba, że chodzi o wyrażenie w ten sposób swojego rozgoryczenia traktowaniem przez państwo i współobywateli w ostatnich miesiącach. Trudno tutaj nawet sugerować, co mogłyby zrobić, żeby jakoś w pokojowy sposób poprawić swoją sytuację. Nie ulega jednak wątpliwości, że ostatnie posunięcia aktywistów to woda na młyn Prawa i Sprawiedliwości.

Czas najwyższy zapomnieć o kampanijnych tematach zastępczych

Obydwie spory politycznego sporu powinny zdać sobie sprawę z tego, że wybory prezydenckie już się odbyły. Wygrał w nich Andrzej Duda, dość zdecydowanie. Następne wybory za trzy lata. Władza nie musi już organizować ideologicznej szopki, by zmobilizować elektorat. Przeciwnicy rządu zaś nie mają innego wyjścia, jak uzbroić się w cierpliwość. Protesty w sprawach światopoglądowych niemal na pewno nie zagrożą rządom Zjednoczonej Prawicy przez długie lata.

Niektórzy obserwatorzy sceny politycznej starają się wyjaśnić cały fenomen tarciami wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Rolę złego ducha miałyby pełnić Zbigniew Ziobro, próbujący zmusić rywalizującego z nim Mateusza Morawieckiego do udziału w zaostrzeniu kursu w sprawach światopoglądowych. Temu miała służyć także dyskusja o wypowiedzeniu Konwencji Stambulskiej. Tyle tylko, że policja polega pod ministerstwo spraw wewnętrznych, kierowane przez Mariusza Kamińskiego.

Zatrzymania w Warszawie pokazują także, że państwo polskie cały czas jest silne wobec słabych i słabe wobec silnych. Do tego jest usłużne względem tej ideologii, której wyznawcy akurat sprawują w nim władzę. Czy naprawdę jednak musimy przeżywać kampanię wyborczą także po wyborach? Przecież to czyste szaleństwo.