Eliza Orzeszkowa – gdyby tylko żyła – nie opisywałaby dzisiaj uroków krajobrazu nad Niemnem, ale raczej zachody słońca przebijającego się przez krakowski smog. Polskie powietrze jest bowiem najgorsze w Europie. Czy już czas zacząć nosić maseczki przeciwpyłowe, jak mieszkańcy azjatyckich metropolii? Europejska Agencja Środowiska (EEA) przedstawiła najnowszy raport dotyczący jakości powietrze w 400 europejskich miastach. Wyniki nie są dobre. Według szacunków, tylko w 2013 r. na skutek zanieczyszczenia powietrza zmarło blisko pół miliona osób. Dyrektor wykonawczy EEA, Hans Bruyninckx powiedział:

Musimy zająć się przyczynami zanieczyszczenia powietrza, co będzie wymagać gruntownej i innowacyjnej transformacji dzisiejszych systemów mobilności, energetycznych i żywnościowych. Taka transformacja wymagać będzie działania ze strony nas wszystkich, w tym organów publicznych, przedsiębiorstw, obywateli i środowiska badaczy.

Polska specjalność – smok smog wawelski

Z pewnością taka transformacja przydałaby się w Polsce. Spójrzcie na mapę stężenia pyłu zawieszonego PM10 (zawierającego toksyczne substancje docierające do górnych dróg oddechowych i płuc): smog Nie powinno to specjalnie dziwić. Smog jest przecież krakowską specjalnością na równi z lajkonikiem i angielskimi turystami. Jak widać, pozostałe miasta dzielnie grodowi Kraka kibicują. Co gorsza, w kategorii „najwięcej trucizn w centymetrze kwadratowym powietrza” konkurują – skutecznie – nie tylko przemysłowe miasta Śląska (i Zagłębia, nie zapominajmy o Sosnowcu!), ale i nadmorskie kurorty. Polskie samorządy ten problem dostrzegają. Władze małopolski przyjęły właśnie projekt tzw. uchwały antysmogowej, która ma ograniczać spalanie odpadów węglowych w piecach niespełniających żadnych norm emisji spalin. A jest z czym i o co walczyć. Tylko w tym regionie blisko 98% mieszkańców jest narażonych na 10-krotne przekroczenie norm stężenia rakotwórczego benzo(a)pirenu, a koszty leczenia na choroby wywołane zanieczyszczonym powietrzem wynoszą 3 miliardy złotych. Wydaje się, że najtrudniejszym zadaniem stojącym przed władzami jest postawa obywateli. A z tą bywa różnie. Dla wielu Polaków „ekologia” to pojęcie równie abstrakcyjne jak „potwór z Loch Ness”. Doskonałym na to przykładem jest masowe wycinanie filtrów DPF/FAP z samochodów z silnikami diesla. Filtry te blokują przedostawanie się do atmosfery cząstek sadzy. Układy DPF mają jednak to do siebie, że z czasem się zapychają – wtedy konieczna jest ich wymiana, w przeciwnym wypadku samochód może przejść w tzw. tryb awaryjny, co uniemożliwia normalną eksploatację. Koszt wymiany jest liczony w tysiącach złotych. Chyba, że filtr usuniemy w jednym z licznych serwisów świadczących takie usługi. Wymaga to co prawda ingerencji w oprogramowanie pojazdu, a samochód zamienia się w źródło paskudnych zanieczyszczeń – ale kilka groszy jest zaoszczędzonych. Serwisanci nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia (chyba, że doradzą gorszy substytut):

dpf

Walka z zanieczyszczeniem powietrza jest zresztą obojętna nie tylko miłośnikom trujących diesli, ale i rządzącym. Budowa pierwszej, polskiej elektrowni atomowej utknęła w martwym punkcie, choć oficjalnie minister energetyki Krzysztof Tchórzewski nie rezygnuje z tej koncepcji. Sparaliżowana została energetyka odnawialna, bo nowe regulacje dotyczące farm wiatrowych uczyniły ten biznes nieopłacalny. Zamiast tego, stawiamy – a jakże – na dalszy rozwój energetyki opartej na węglu kamiennym. Może czas już zakupić maski przeciwpyłowe?