Amerykanie wymyślili ponad 1100 nowych imion – niektóre z nich wyglądają, jakby kot przebiegł po klawiaturze

Na wesoło Zagranica dołącz do dyskusji (19) 24.05.2018
Amerykanie wymyślili ponad 1100 nowych imion – niektóre z nich wyglądają, jakby kot przebiegł po klawiaturze

Udostępnij

Emilia Wyciślak

Nikhil Sonnad, bloger z portalu QZ, załamał ręce nad nazewnictwem w Stanach Zjednoczonych. Część rodziców kombinuje z oryginalnymi imionami po to, żeby brzmiały – ich zdaniem – ciekawiej. A jeszcze lepiej, kiedy zaczynają nazywać dzieci po postaciach z popkultury.

Chociaż w Stanach Zjednoczonych najpopularniejszymi imionami są Liam i Emma, to rodzice – jak wszędzie indziej – próbują być oryginalni i sprawić, by imię ich dziecka brzmiało oryginalnie. Z tego też względu wymyślili w zeszłym roku ponad 1,100 nowych imion dla swoich pociech, czerpiąc czasami inspiracje z dziwnych miejsc. Nikhil Sonnad postanowił to obszernie skomentować.

Pierwszym takim „nowym” imieniem jest „Camreigh”, wariacja od imienia „Camry” – otrzymało je 99 dzieci. To akurat wynik pewnej dziwnej tendencji niektórych Amerykanów do zamieniania „-ey” i „-y” na bardziej miękko brzmiące „eigh” (Ashley na Ashleigh, Riley na Ryleigh). Następne imię to „Asahd”, po synu jednego internetowego celebryty, DJ-a Khaleeda (który, na dodatek, zastrzegł je jako markę) – tak nazywa się teraz 58 maluchów. Na trzecim miejscu plasuje się Taishmara, na cześć Taishmary Rivera, gwiazdki z Instagrama. W ten sposób nazwano 38 dziewczynki.

Wymyślone imię dla dziecka

Przykładem, który wyjątkowo poruszył blogera, była jednak Cersei. W 2017 jedenaścioro niewinnych, małych dziewczynek dostało imię po lannisterskiej królowej. W przytoczonej przez Sonnada tabelce znajdziemy również takie miano jak Arjunreddy (na cześć pewnego hinduskiego filmu) czy Meliodas (liczę na to, że chodziło o legendarnego króla z Lyonesse, ojca Tristana, a nie postać spopularyzowaną przez anime o siedmiu grzechach głównych).

Ale Sonnard nie wyłapał paru innych cudów, które warto sobie przytoczyć. Bo popkultura ma ogromny wpływ na ludzi i na to, jak chcą nazywać swoje dzieci.

Dla przykładu, tylko w zeszłym roku, 96 dzieci w USA dostało na imię Loki – a piątka z nich była dziewczynkami. W porządku, powie ktoś, przecież to imię istnieje od bardzo dawna. Tyle, że dam sobie uciąć rękę razem z ramieniem, że wpływ miała na to nie mitologia germańska, a Tom Hiddleston. Z kolei ludzie nazwiskiem „Parker” zaczęli na potęgę nazywać swoje dzieci „Peter” (5833 przypadków) i może nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie fakt, że to imię dostawały też dziewczynki. Zresztą, najlepszym przykładem popkulturowego szaleństwa jest fakt, że co roku w Stanach pewna liczba dziewczynek zostaje nazwana „Khaleesi”, co nie było nawet imieniem, ale tytułem Daenerys Targaryen.

A w Polsce?

Tak jak pisaliśmy już jakiś czas temu, najgłupsze imiona bywają czasem opiniowane przez Radę Języka Polskiego. W drugim półroczu 2017 – dowiadujemy się tego dzięki danym z Ministerstwa Cyfryzacji – mieliśmy dwie Arye, pięciu Syriuszów i trzech… Yaqoobów. Dziwactw jest więcej, ale to wolny kraj i każdy ma prawo nazywać dziecko jak tylko zechce. Być może za dwieście lat dojdziemy już do onomastycznej doskonałości absolutnej i każde niemal dziecko będzie nosiło inne imię, wszak alfabet ma skończoną ilość znaków, ale możliwości kombinowania daje naprawdę bardzo wiele.