Jeden z największych grzechów III RP kryje się w centrach polskich miast – i to dosłownie

Codzienne dołącz do dyskusji (20) 29.08.2019
Jeden z największych grzechów III RP kryje się w centrach polskich miast – i to dosłownie

Udostępnij

Edyta Wara-Wąsowska

Betonowanie centrów miast trwa w najlepsze. Mimo, że już nie tylko ekolodzy, ale także np. specjaliści ds. gospodarki wodnej czy infrastruktury alarmują, że to jeden z gorszych pomysłów po 1989, samorządowcy nie słuchają. Co gorsze, nie zważają też na protesty mieszkańców, którzy głośno protestują przeciwko kolejnym betonowym pustyniom. PiS zapowiada, że chce walczyć z betonowymi dżunglami, ale nie brzmi to zbyt wiarygodnie, jeśli przypomnimy sobie, kto wprowadził m.in. lex deweloper.

Betonowanie centrów miast postępuje. Na Zachodzie już dawno zrozumieli, że nie tędy droga

Z przedziwnym dla mnie uporem polscy samorządowcy (a wielu z nich naprawdę cenię, chociaż akurat nie w tym konkretnym aspekcie) wycinają zieleń w centrach miast (jednocześnie nierzadko sadząc drzewa na ich obrzeżach). Oczywiście to nie jest tak, że przed 1989 r. nie zamieniano powoli miast w betonowe dżungle. Mam jednak wrażenie, że nie robiono tego z takim rozmachem, determinacją i uporem. W końcu jeszcze w latach 90. XX w. wiele centrów polskich miast stanowiły mini parki czy skwery z zielenią. Obecnie szpony „rewitalizacji” w tym gorszym wydaniu dopadają już nawet najmniejsze miejscowości.

Przypuszczam, że powody są zasadniczo dwa. Po pierwsze – równo wyłożone kostką centrum i podświetlane fontanny (mniej więcej to łączy wiele takich betonowych skwerów) miały być prawdopodobnie symbolem nowoczesności. W końcu – wszystko równo, schludnie, bez nierównych skwerków, źle wysianej trawy, drzew, których nie dało się zmierzyć od linijki…

Właściwie to bez niczego.

Drugim powodem jest prawdopodobnie źle rozumiana oszczędność. W końcu kostka brukowa nie wymaga pielęgnacji, przycinania i zaawansowanego sprzątania (a przynajmniej łatwiej ją oczyścić niż zaśmiecony skwerek). Dlaczego źle rozumiana? Bo betonowanie centrów miast raczej dostarcza wydatków niż sprawia, że jest ich mniej.

A jednak bez korzyści z betonowej dżungli

Po pierwsze – betonowa dżungla nie przyjmuje wody. Deszczówka nie może wsiąknąć w glebę (przynajmniej w centrum), bo gleba została tam przykryta bardzo dokładnie. Po drugie – uwaga, niespodzianka – okazało się, że takie betonowe place bardzo szybko się nagrzewają, nawet, gdy temperatura na zewnątrz nie bije wcale rekordów. Centra tego rodzaju szybko stają się bardzo nieprzyjazne dla mieszkańców, którzy zaczynają ich unikać. To może nieść za sobą kolejne konsekwencje. Zazwyczaj wokół takich placów znajdują się sklepy i lokale. Nie jest wcale wykluczone, że w niektórych przypadkach przez „rewitalizację” centrum (to słowo jest zdecydowanie nadużywane w publicznej dyskusji) przedsiębiorcy w najbliższym sąsiedztwie ponieśli pewne straty.

Bardzo zauważalnym trendem jest też uciekanie mieszkańców na obrzeża miast. Oczywiście jest to konsekwencją wielu czynników jednocześnie – pragnienia spokoju, względnej (jak na miejskie warunki) ciszy, chęć osiedlenia się w bardziej przyjaznym miejscu, oddalonym od zgiełku i tłumów. Tyle, że to przemieszczanie się jest również związane z chęcią bliższego obcowania z naturą, choćby w takim „miejskim” wydaniu. Ostatecznie należy pamiętać też o tym, że betonowanie centrów miast podwyższa temperaturę właściwie nie tylko w centrum, ale praktycznie na terenie większości miasta.

Na Zachodzie (na którym z pewnością wielu się wzorowało) działa się obecnie w przeciwnym kierunku. Przypuszczam, że prędzej czy później stanie się tak również i w Polsce, a wtedy z kolei – jestem tego niemal pewna – wiele osób zacznie pytać „to po co właściwie było to wszystko?”. I będą mieć pewną słuszność, chociaż z drugiej strony, o efektach niektórych rozwiązań trzeba przekonać się najpierw na własnej skórze. Czy betonowanie centrów miast należy do takich rozwiązań, można byłoby się oczywiście spierać.

PiS obiecuje koniec betonowych dżungli, ale prędzej to samorządowcy pójdą po rozum do głowy

Prawo i Sprawiedliwość, ustami premiera Morawieckiego, zapowiedziało na konwencji programowej w Katowicach, że będzie chciało skończyć z betonową dżunglą. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że PiS zaproponowało coś, o czym myśleli praktycznie wszyscy. Tylko że akurat rządzący wypadają w tej kwestii niezbyt wiarygodnie. Powodem jest chociażby tzw. lex deweloper – to nie jest prawo, które sprzyja zachowaniu zieleni w miastach. Ba, w wyjątkowych sytuacjach może skończyć się na nieprzyjemnych absurdach budowlanych.

Jestem zatem zdania, że to prędzej samorządowcy – którzy przecież rozpoczęli betonowanie centrów miast – z tego betonowania po prostu się wycofają. Okazuje się bowiem, że specjalnego pożytku z tego nie ma, a ponadto, jak na ironię, przejawem nowoczesności jest obecnie wplatanie roślinności w miejską tkankę. Nie bez znaczenia, mimo wszystko, są także głosy samych mieszkańców (i turystów), którzy głośno krytykują już niemal każdy pomysł dowolnego magistratu, dotyczący zlikwidowania roślinności w jakimś miejscu i zastąpienia jej kostką. Dochodzi wręcz do sytuacji, gdy miasto (nieco na siłę) stara się gdzieś tę zieleń w końcu przemycić. Nawet, jeśli wydaje się to absurdalne – tak jak w przypadku strefy relaksu w Warszawie.

Z tego względu betonowanie centrów miast, mimo że jeszcze cieszące się resztkami popularności, może już wkrótce się skończyć. Ale nie przeceniałabym w tym aspekcie ewentualnej roli rządzących.