Konieczność, zapewne ostatecznie nieunikniona, wzięcia takiego kredytu, sprawiła, że na przestrzeni czasu moja wiedza ekonomiczna wzrosła kilkukrotnie. Zacząłem się bardzo mocno interesować problematyką stóp procentowych, ich relacji z inflacją oraz tego, jak banki centralne na całym świecie niesprawiedliwie już teraz tych stóp nie podnoszą, choć powinny. Odkryłem na przykład, acz jest to średnio opłacalne, że w paru bankach da się wziąć kredyt z gwarancją wysokości stóp procentowych - niestety tylko na 5 lat, na dodatek za wyższą cenę kredytu, ale to też już daje duże pole manewru i asekurację.
Zacząłem analizować co się dzieje w pozostałych krajach Unii Europejskiej, zerkać na Stany Zjednoczone czy z pewnych powodów nawet na Japonię. Poświęciłem sporo czasu na lekturę o kryzysie z 2008 roku. Potrafię narysować z pamięci wykres zachowań czterech najważniejszych z naszej perspektywy walut na przestrzeni ostatnich lat, a także złota i srebra oraz tego, jak zachowały się po kryzysie.
Staram się zrozumieć jak działa kredyt, jak będzie wyglądał świat w najbliższych dekadach, do jakiego stopnia rząd rozpędzi w Polsce inflację i jak polityka socjalna/bardzo socjalna oraz komunistyczna (na co aktualnie licytują się komitety) ukształtuje nasz kraj - czy to będzie miejsce, w którym nadal chce się i warto żyć. Bo w takiej Wenezueli nie warto, a przecież kiedyś też było normalnie.
Sprawdź polecane oferty
RRSO 21,36%
No bo też przecież nie o sam kredyt tu tylko chodzi, ale polityka finansowa banku centralnego może sprawić na przykład, że nieruchomość bardzo straci na wartości. Bo nagle podrożeją kredyty w złotówkach i ludzie zaczną się masowo pozbywać mieszkań. A to przy okazji sprawi też, że zwykłe kredyty staną się trudniej dostępne i dzięki temu potanieją nieruchomości z rynku pierwotnego.
Obok małżeństwa, która jest zresztą z prawnego punktu widzenia obiektywnie jedną z gorszych "umów", jakie można w życiu zawrzeć, kredyt hipoteczny dla wielu z nas jest najpoważniejszą umową w życiu.
Dziś jestem frajerem, jak wielu Polaków, którzy kilkanaście lat temu brali droższe kredyty w złotówkach "bo tak bezpieczniej"
Pamiętam tamte czasy. Kredyty we frankach brało się bezrefleksyjnie. Ich naczelną medialną twarzą była celebrytka znana z Tańca z gwiazdami, która na fali popularności zadłużyła się na wielką willę. Jeśli wierzyć portalom plotkarskim - jakiś czas temu musiała ją sprzedać i się z niej wyprowadzić. Oczywiście nie tylko z powodu kryzysu walutowego, ale również braku świadomości, że popularność nie trwa wiecznie.
Pamiętam, że kiedyś zadzwonił do mnie czytelnik zgadzający się z moją krytyką bezmyślnych frankowiczów po jednym z artykułów - ale podkreślający, że dla niego to była sytuacja bez wyjścia. Oba banki powiedziały, że albo bierze we frankach, albo wcale. No i wziął.
Wyrok TSUE w sprawie frankowiczów zapadł dziś rano. Zgodnie z przewidywaniami jest dość przychylny frankowiczom, ponieważ zakłada możliwość unieważnienia takiej umowy, jeżeli ta zawiera klauzule niedozwolone. Szerzej omawia go Edyta Wara-Wąsowska w swoim porannym tekście.
Moim zdaniem to jest dość dobry wyrok, ponieważ jeśli banki w istocie stosowały klauzule abuzywne, to jak wszyscy przedsiębiorcy muszą się liczyć z ich konsekwencjami. Każdego dnia, na każdym kroku, wielkie korporacje godzą w nas kruczkami prawnymi ze swoich umów, choć na przestrzeni lat UOKiK mocno ucywilizował ten proceder. Tym razem kruczkami prawnymi wygrali z bankami frankowicze. Choć - co warte podkreślenia - nie wszyscy. Na bazie wyroku TSUE kredytobiorcy zyskają możliwość unieważnienia umowy albo pozostawienia kredytu w złotówkach ze stawką LIBOR. Nie sposób więc nie uznawać dzisiejszego orzeczenia TSUE (C-260/18) za bardzo dla frankowiczów korzystne.
Byli w tym 2005 albo 2008 roku ludzie, którzy powiedzieli "rany, a jak coś się stanie ze złotówką lub kursem franka, to my przecież nie damy rady tego zapłacić"
A pewnie, że byli. I ci ludzie brali kredyty w złotówkach. Droższe, mniej opłacalne, a dziś frankowicze plują im w twarz za przezorność, kompetencje, myślenie.
Wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? Nie to, że frankowicze 10-15 lat temu powiedzieli "A chrzanić to, jakoś to będzie, musi być, bierzemy" (i faktycznie, upiekło się, jakoś jest).
Najgorsze jest to, że dziś spora część z nich pomimo głosów wielu kompetentnych ekspertów o tragicznych konsekwencjach dla gospodarki, w najbliższych wyborach planuje zagłosować na jedną z partii, których program wyborczy opiera się na 500 plusach, 1000 plusach, programach socjalnych i szeroko pojętym rozdawnictwie. A to nic innego, jak kredyty frankowe na miarę 2019 roku, tylko zaciągane przez państwo. Ale kredyt bierze Kaczyński, Zandberg i Schetyna, a spłacamy go my.
Ale wiadomo, jakoś to będzie, musi być!