Te słynne lekcje edukacji seksualnej to tak naprawdę wychowanie do życia w rodzinie. Z prawnego punktu widzenia nic się nie zmienia

Rodzina Społeczeństwo dołącz do dyskusji (53) 16.03.2019
Te słynne lekcje edukacji seksualnej to tak naprawdę wychowanie do życia w rodzinie. Z prawnego punktu widzenia nic się nie zmienia

Udostępnij

Paweł Szydłowski

W ostatnim czasie bardzo ważnym tematem debaty publicznej stała się tzw. karta LGBT+, podpisana przez prezydenta Warszawy, Rafała Trzaskowskiego. Przy tej okazji do debaty publicznej zostało włączonych kilka tematów. Jednym z nich są lekcje edukacji seksualnej w warszawskich szkołach. Jak jednak sprawa wygląda od strony prawnej?

Przede wszystkim chciałbym odciąć się tu od sporów światopoglądowych. Nie będę omawiał – przynajmniej w tym tekście – wartości wytycznych WHO, ani kwestii zgody bądź niezgody na wprowadzenie związków partnerskich i adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Tematy te nie powinny bowiem mieć wielkiego wpływu na meritum sporu o lekcje edukacji seksualnej w szkołach.

Dlaczego?

No właśnie. Zadajmy sobie na początku pytanie, kto i w jakim trybie ustala, czego i jak uczyć ma szkoła.

Najważniejszym aktem normatywnym jest w tej kwestii Konstytucja. Artykuł 48 stanowi, że: Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.”

Kolejnym co do ważności aktem jest Ustawa o systemie oświaty, w której czytamy, że zajęcia szkolne dzielą się na obowiązkowe, nieobowiązkowe, dodatkowe, wyrównawcze i zawodowe. Oznacza to, że nie każda treść prezentowana w szkole automatycznie stanowi podstawę nauczania wszystkich uczniów.

Ostatnimi interesującymi nas regulacjami będą tutaj rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej. Regulują one dokładnie tryb organizacji i finansowania zajęć nieobowiązkowych w szkołach. Stanowią także, że o uczestnictwie w zajęciach nieobowiązkowych decydują rodzice. I to jest klucz do dalszej dyskusji.

Zajęcia nieobowiązkowe

Zajęcia nieobowiązkowe to ciekawy temat. W ich ramach wiele rzeczy można zrobić. Na przykład w moim liceum graliśmy z wychowawcą w planszówki i gry RPG. Zgodnie z zapisami konkordatu oraz ustawy z 1992r., można też w tym czasie uczyć religii. Pod warunkiem zgody rodzica – bądź pełnoletniego ucznia – na udział w tych zajęciach. Tak samo – po słynnej sprawie Grzelak przeciwko Polsce – dzieje się w przypadku lekcji etyki. I w każdym z tych przypadków wszystko wydaje się być w porządku. Sięgnijmy zatem po kolejny przykład. Wychowanie do życia w rodzinie, tak zwane WDŻ. Jest ono przedmiotem nieobowiązkowym, jednak podobnie jak w przypadku lekcji religii de facto nie wymaga zapisania się, a wypisania w przypadku niechęci uczestniczenia. Oczywiście regulacje te zależą często od szkoły – w niektórych uczniowie mogą sami zdecydować, czy chcą uczęszczać na religię, czy na etykę oraz czy chcą chodzić na WDŻ. Sytuacja taka najczęściej ma miejsce w gimnazjach i liceach.

Kolejny fakt, jaki należy przytoczyć to organizacja tych zajęć od klasy IV Szkoły podstawowej. Ustawodawca uznał, że wcześniejsza nauka związana z tematami seksualnymi nie jest wskazana.

Co deklaruje „Warszawska polityka miejska na rzecz społeczności LGBT+”?

Niezorientowanym podpowiem, że tak nazywa się w dokument, do którego pełnego brzmienia odsyłam wszystkich zainteresowanych. W punkcie II czytamy, że:

„Zapewnienie adekwatnej, prowadzonej w angażujący sposób i odpowiadającej na potrzeby młodzieży edukacji antydyskryminacyjnej i seksualnej w stołecznych szkołach, zgodnej ze standardami WHO, będzie jednym z celów Urzędu m.st. Warszawy.”

Jak jednak mają być one wprowadzane w życie? Tego Deklaracja nie precyzuje. Jest to zresztą dość oczywiste, ponieważ to dokument o charakterze ogólnym, a nie rozporządzenie wykonawcze. Dokładne plany zaprezentowała przewodnicząca Komisji Edukacji m. St. Warszawa, Dorota Łaboda. Stwierdziła ona, że zajęcia będą nieobowiązkowe – innych zresztą samorząd nie może proponować. Że będą prowadzone przez nauczycieli o właściwym przeszkoleniu lub – w przypadku braku takowych – przedstawicieli NGO. Jest to zgodne z art. 86 Ustawy o oświacie, mówiącym o tym, że w szkole mają prawo działać – za zgodą dyrektora i rady rodziców – przedstawiciele organizacji pozarządowych. Dodajmy też dla porządku, że lekcje edukacji seksualnej to nie jedyny element tego punktu deklaracji. Chodzi także o realizację zapisanej w ustawie edukacji antydyskryminacyjnej w ramach tych i innych zajęć dodatkowych.

Co z podstawą programową i finansowaniem?

W obu tych kwestiach nie wiemy jeszcze nic pewnego. Wielką karierę robi tutaj powoływanie się na standardy WHO (pełen tekst tutaj), które jednak stanowią wyłącznie zalecenia. Ponadto kierowane są nie tylko do pracowników oświaty, ale też rodziców i innych osób uczestniczących w wychowaniu dzieci. Nie będę tu rozpoczynał obrony popularnych sformułowań „masturbacja czterolatków” i innych bzdur powtarzanych w mediach. Każdego, kto chciałby dowiedzieć się, na ile prawdziwe są to stwierdzenia zapraszam do lektury przytoczonego wyżej tekstu.

W kwestii finansowania, będzie ono określone na podstawie konkretnych rozporządzeń wykonawczych, jednak można się domyślać, że Urząd Miasta weźmie na siebie koszty prowadzenia tych zajęć. Dodajmy, że jest to sytuacja analogiczna względem WDŻ, za które płaci gmina.

Gdzie zatem leży problem?

Jak to często bywa – w różnicach światopoglądowych. Nie jestem zwolennikiem fetyszyzowania wyników badań naukowych. Nie jestem zwolennikiem przyznawania nieograniczonego autorytetu instytucjom – czy jest to Kościół, czy agencja ONZtu. Wyniki badań zmieniają się na przestrzeni lat, korygujemy naszą wiedzę. Zmieniamy też podejście do wielu podstawowych założeń światopoglądowych. Niejeden lekarz z początku XX wieku – naukowiec przecież, przedstawiciel poważnej instytucji – oburzyłby się na twierdzenie o szkodliwości palenia tytoniu. XIX wieczny duchowny – na sugestię, że czarnoskórzy mają duszę. Co przyniosą dalsze rewizje naszych poglądów? Czy lepsze jest uczenie Wychowania do życia w rodzinie zgodnie z podstawą programową aprobowaną przez Kościół, czy edukacja seksualna zgodna z wytycznymi WHO? To nie temat na ten felieton. Na te tematy wypowiadała się niedawno moja redakcyjna koleżanka – osobiście jednak nie zgodziłbym się ze wszystkimi jej tezami. Na pewno jednak rodzice zgadzający się na propozycje programowe Ratusza mogą posyłać dzieci na zajęcia edukacji seksualnej, kiedy zostaną one wprowadzone do szkół. A jeśli nie – na WDŻ, religię lub etykę. Co kto lubi, w co kto wierzy.